sobota, 16 sierpnia 2014

"Im więcej ludzi kochasz, tym jesteś słabsza". Rozdział III




           Gdy obudziła się kilka minut po siódmej, Lucjusza już nie było. Nie zdziwiło ją to zbytnio. Wstała i poszła do łazienki. Wzięła szybki, zimny prysznic i jeszcze z nieco wilgotnym ciałem wróciła do sypialni, aby się ubrać. Ułożyła włosy, włożyła na palec rodowy pierścień Black'ów i zrobiła makijaż. Była gotowa do wyjścia. Rzuciła ostatnie spojrzenie na swoje odbicie w lustrze i pospiesznym krokiem zeszła po dużych, marmurowych schodach do salonu. Skrzat domowy natychmiast się przed nią pojawił i ukłonił nisko, z szacunkiem.
- Muszę wyjść. - Powiedziała wysokim, lodowatym wręcz tonem, tak doskonale pasującym do jej arystokratycznego, czysto-krwistego pochodzenia. - Kiedy moja siostra się obudzi, przekaż jej, że proszę ją, by na mnie zaczekała i zapytaj, co chcę zjeść na śniadanie. Podczas mojej nieobecności masz ją traktować, jakbym to była ja, zrozumiano?
- Tak jest, proszę pani. - Skrzat ukłonił się niziutko.
- Możesz odejść.
- Dziękuję, proszę pani. - Ukłonił się jeszcze kilkakrotnie i zniknął.
           Nie czekając już dłużej, deportowała się i ona. Za dwie minuty miała wybić równa ósma.

           Stanęła przed czarnymi drzwiami jego mieszkania. Wyciągnęła drżącą rękę i zapukała. Okolica, w której się właśnie znajdowała, była zamieszkana przez samych czarodziejów. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że zatrzymał się tu tylko na jakiś czas...
          Drzwi otworzyły się niemal od razu, tak gwałtownie, że kobieta aż odskoczyła. Ich spojrzenia spotkały się na krótką chwilę, Narcyza jednak szybko odwróciła wzrok, nieco zakłopotana i onieśmielona. Przesunął się, zapraszając ją gestem ręki do środka. Weszła więc.
- Witaj, Narcyzo... - Jego głos był zimny, w każdym słowie wyczuwała władczość. Po plecach przebiegły jej ciarki. - Co cię do mnie sprowadza? Raczej nie jesteś moim częstym gościem...
           Mieszkanie było ciemne i nieprzyjemne niczym lochy. Chłód, który tu panował sprawiał, że Narcyza lekko drżała. Zaprowadził ją do pokoju, w którym stały jedynie dwa fotele oraz niewielki stolik i nakazał, by usiadła na jednym z nich. Zrobiła to, a on zajął ten drugi i wbił w nią swój uważny, świdrujący wzrok. Nie wiedziała, co ma powiedzieć, od czego zacząć... Ręce drżały jej z nerwów, jego obecność ją przytłaczała. Wbijała wzrok w podłogę, nieświadomie zaciskając pięść. Bała się, że gdy zacznie mówić jej głos będzie drżał i pokaże, jak bardzo się boi.
- Chodzi o Bellatrix... - Zaczęła w końcu cicho. Wiedziała, że on doskonale rozumie jej słowa. - Przepraszam, że zawracam ci głowę, Lordzie, ale... Tylko ty...
           Urwała, głos uwiązł jej w gardle. Tylko on co? Tylko on mógł jej pomóc, tak? A czemu niby miałby jej pomagać? On, Tom Riddle, wielki Lord Voldemort. Ten, który każdego dnia zabiera jej męża, niszczy życie. Czemu ma ci pomóc, głupia? On nikomu nie pomaga! - powtarzał złośliwy głosik w jej głowie. Żałowała, że tu przyszła. Najchętniej uciekła by stąd jak najszybciej, jak najdalej...
- Tylko ja...? - Dopytywał się. Nagle wstał, a Narcyzie serce podeszło do gardła. Wyszedł gdzieś, a po krótkiej chwili wrócił. Podał jej kieliszek wypełniony czerwonym płynem. - Wino. Słodkie. Takie jak, z tego co wiem, lubisz najbardziej...
- D... Dziękuję... - Przyjęła od niego kieliszek, wciąż bojąc się podnieść wzroku.
- Wypij. Może wtedy język trochę ci się rozplącze. - Poradził jej, stawiając jeszcze pełną butelkę na stoliku, tuż przed nią. On również trzymał w ręce kieliszek, ale nie pił z niego. Narcyza powoli przyłożyła go do ust i upiła łyk. Wino smakowało wybornie. Dokładnie takie, jakie lubi najbardziej.
- Jak mówiłam, chodzi o Bellatrix... - Zaczęła ponownie. Tom dolał do jej pustego naczynia. - Wczoraj przyszła do mnie... Ona... Dowiedziała się, że jest w ciąży.
- To chyba dobrze... Nie rozumiem, w czym miałbym ci pomóc. Co cię niepokoi, Narcyzo? - Jego głos znowu wzbudził w niej nieprzyjemny dreszcz. Pociągnęła duży łyk wina.
- Ona nie chcę tego dziecka.
- Wciąż nie rozumiem w czym mogę ci pomóc...
- Nie wiem, czy zdołam ją przekonać, by go nie usuwała, ale ciebie, panie... Posłucha na pewno. - Po raz pierwszy od kiedy tu weszła odważyła się unieść wzrok i spojrzeć przez chwilę w jego oczy. Na twarzy gościł mu przyczajony, ironiczny uśmieszek.
- Miałbym ją przekonać, żeby nie usuwała ciąży? - Niemal syknął.
- T... Tak. - Potaknęła.
- Po co? - Lord zbił ją nieco z tropu. - Załóżmy, że uda mi się ją powstrzymać. I co ja z tego będę miał? Stracę najwierniejszą Śmierciożerczynię przynajmniej na rok.
           Zapadła cisza. Narcyza nie wiedziała, co miałaby na to odpowiedzieć. Mięła jedynie w dłoniach zielony materiał sukienki.Nie powinna była tu przychodzić, powinna była się domyślić, zorientować, że to nic nie da...
- P... Przepraszam. - Wyszeptała wreszcie, przerywając milczenie.
- Mógłbym ci pomóc... Ale nic za darmo. Musiałbym coś z tego mieć. - Spojrzała na niego pytająco. Czego mógł chcieć? Co ona mogłaby my dać? Mógł mieć wszystko, czego chciał. - Chciałbym mieć ciebie.
            Kobieta nie zrozumiała, o co mu chodzi. Chciał by dołączyła do Śmierciożerców? Ona? Czy może... Nie, to niemożliwe.
- W jakim... Sensie? - Odważyła się spytać.
- Nie wśród Śmierciożerców. Do tego niezbyt się nadajesz. Ciebie, jako kobietę. Jedna noc, Narcyzo, w zamian za życie twego siostrzeńca lub siostrzenicy.
- Ale... Przecież Lucjusz... Nie mogę... Mam męża!
- Doskonale o tym pamiętam, ale dziękuję za przypomnienie.
            Życie dziecka jej siostry za jedną, jedyną noc spędzoną z Tomem Riddle'm. Nie. Nie za jedną noc. Życie tego dziecka w zamian za jej małżeństwo. Czy była gotowa na takie poświęcenie? Przed oczami stanął jej Lucjusz. Jeszcze mieli szansę, by wszystko naprawić. Nie, nie mogła... Nie potrafiła... Po policzkach spłynęły jej łzy. Wstała, wypuszczając z ręki kieliszek, który z trzaskiem rozbił się o zimną podłogę.
- Nie mogę... - Wydukała, wybiegając z pokoju.
- Jesteś słaba, Narcyzo. - Usłyszała jeszcze jego głos. - Bardzo słaba.
            Szła przed siebie, z oczami wciąż mokrymi od łez. Słowa Toma huczały jej w głowie. Tak, była słaba. Obdarzyła miłością Lucjusza, Bellę, Andromedę, a nawet Syriusza. A im więcej kochała, tym bardziej traciła siły, stawała się łatwiejszym celem. Pokochała już nawet to cholerne dziecko!
Włóczyła się obcymi uliczkami, przeklinając cały świat i siebie samą. W końcu, gdy już udało jej się uspokoić, postanowiła wrócić do domu. Belli nigdzie nie było. Narcyza poczuła, że ogarnia ją przerażenie. A więc było za późno... Wezwała swojego skrzata.
- Gdzie moja siostra?! - Rzuciła oskarżycielskim tonem, a stworek skulił się.
- Pani Lestrange kazała przekazać, że została wezwana przez Czarnego Pana. Skrzatek nie wie, kiedy pani Lestrange wróci.
           Zrobiło jej się słabo. A więc to już... Wyszła bez słowa do ogrodu. Łzy cisnęły się jej do oczy, strach ściskał gardło. Przegrała...
- Narcyza! - Usłyszała znajomy głos. Nie wiedziała, ile już tak siedziała, ale zaczęło się ściemniać, więc mniemała, że około kilku godzin. Bella usiadła obok niej. - Pomożesz mi?
- W czym? - Jej głos brzmiał dziwnie obco.
- Urodzę to dziecko.
- Co?
- Urodzę je. - Powtórzyła.
- Bella... - Uściskała ją. - Zrobię wszystko, żeby ci pomóc.


           Znów spędzały ze sobą mnóstwo czasu. Ciąża Bellatrix przebiegała idealnie. Jej obowiązki Śmierciożerczyni przejęli teraz Rudolf i Lucjusz. Dla Narcyzy oznaczało to niemal zupełną izolację od męża. W sumie i tak nie rozmawiali. Tylko nocą, szczególnie gdy go nie było, umierała ze strachu i tęsknoty za jego dotykiem, słowami, dawną czułością...
           Bellatrix była w piątym miesiącu. Miała już wyraźnie zaokrąglony brzuch i można by powiedzieć, że praktycznie zamieszkała w Dworze Malfoy'ów. Spała już, gdy pojawił się jej mąż i Severus. Narcyzę zaniepokoiło, że nie ma z nimi Lucjusza. W końcu to była ich wspólna misja. Miny mężczyzn mówiły same za siebie. Stało się coś złego.
- No co jest? - Zniecierpliwiła się. - Gdzie Lucjusz?
- Narcyzo... - Pierwszy odezwał się Severus. - Lucjusz... Jest w świętym Mungu... W kiepskim stanie.
- C... Co? Co się stało?! - Ogarnęło ją przerażenie. - Co się stało mojemu mężowi?!
- Uspokój się...
- Nie, Severusie! - Krzyknęła. Podeszła do niego i chwyciła go za czarną szatę. - Co z moim mężem? NO MÓW, TY SUKINSYNIE! CO MU ZROBILIŚCIE?! CO?!
           Pozwolił, by obkładała go pięściami tak długo, ile miała w sobie siły. W amoku nie zauważyła nawet, że Bella się obudziła. Gdy wreszcie nie mogła już ruszać rękami, poddała się. Jej głowa opadła bezwładnie na ramię mężczyzny, który ją objął.
- Co mu jest? - Załkała żałośnie, kryjąc twarz w jego szacie.
- Było nas zbyt mało. Zaatakowali niespodziewanie. Lucjusza trafiło jakieś zaklęcie, odrzucony do tyłu uderzył głową o ścianę, a przy upadku jeszcze raz, o ziemię. Jest nieprzytomny.
- Chcę do niego iść. Zabierz mnie tam, Sev, proszę.
- Idę z wami. - Odezwała się natychmiast Bellatrix.
- Nie. Ty zostaniesz z Rudolfem, tutaj. - Sprzeciwiła się stanowczo Narcyza. - Idziemy, Sev.
           Chwyciła go za rękę, a ten deportował ich do szpitala świętego Munga. Odnaleźli medyka, który zajął się Lucjuszem. Po krótkiej rozmowie pozwolił, by Narcyza weszła do męża. Leżał na łóżku, okryty białą, szpitalną pościelą. Miał zabandażowaną głowę. Wyglądał trochę tak, jakby spał. Narcyza usiadła na krześle przy łóżku i delikatnie ujęła jego dłoń w swoją. Wpatrywała się w bladą, zastygłą twarz swojego męża, a z oczu wyciekały jej łzy. Dłonią delikatnie gładziła jego policzek.
- Lucjusz... - Szepnęła, błagając w duchu, by zareagował. Żadnej reakcji z jego strony jednak nie było. - Proszę cię... Nie zostawiaj mnie...




Od Autorki.

Trzeci rozdział, chyba trochę zbyt dramatyczny, już jest! Mam nadzieję, że z czasem zainteresowanie wzrośnie i publikowanie tego ff tutaj nabierze jakiegoś sensu... :3
















  

wtorek, 12 sierpnia 2014

"Kocham Cię trochę za mocno". Rozdział II


           W nocy ze snu zbudził ją krzyk. Zerwała się nagle, przerażona. Rudolf, który również się obudził, spojrzał na nią pytająco. Nie zwracając na niego uwagi wybiegła z pokoju i wpadła do sypialni siostry. Zapaliła pospiesznie lampkę i spojrzała na nią. Siedziała na łóżku, dysząc ciężko, z twarzą mokrą od łez. Podeszła do niej.
- Co się stało? Dlaczego krzyczałaś?
- To tylko sen... - Pokręciła głową, ocierając dłonią twarz. - Przepraszam, Bella. Nie chciałam cię obudzić.
- Wiem... Wiem, Cyziu... - Przytuliła siostrę.
- Bellatrix... - Jej głos drżał coraz bardziej. - Widziałaś się z Lucjuszem?
- Tak... Był tu niedawno.
- Naprawdę? - Blondynka uniosła brew z zaciekawieniem.
- Pijany. - Dokończyła. - Źle się bez ciebie trzyma. On cię nie chcę skrzywdzić, Cyzia. Zrozum to!
- Wiem... To znaczy... Czasem budzi we mnie strach.
- To nie on, tylko twoja wyobraźnia. On cię nie skrzywdzi. Nie lubię go, to fakt. Ale wiem, że nie zrobi niczego, co mogłoby ci zagrażać.
- Myślisz, że powinnam wrócić?
- Zrobisz to, kiedy będziesz gotowa. To ty musisz to czuć. Stąd nikt cię nie wygania, możesz tu być tak długo, jak tylko chcesz. - Bella pogładziła ją po włosach.

           Korzystała z gościnności siostry jeszcze przez niecały tydzień. W końcu jednak postanowiła, że musi wrócić do domu. Może faktycznie Lucjusz wcale nie ma żadnego romansu i nie chcę się jej pozbyć? A ona wszystko sobie wymyśliła? Ostatnio faktycznie się od siebie oddalili. Nie poświęcał jej zbyt dużo czasu, był oziębły i tajemniczy. A ona żyła w ciągłym strachu, że w końcu, któregoś dnia nie wróci do domu... I stąd to wszystko...
           Niewiele się jednak zmieniło. On wracał coraz później i coraz częściej go nie było. Ona potrafiła całymi dniami siedzieć w pokoju lub w ogrodzie, pogrążając się we własnych myślach. Tak było i tym razem. Niebo pokrywały ciężkie chmury, zwiastujące deszcz, mimo to jednak wyszła do ogrodu. Z całej posiadłości, to właśnie ogród był jej ukochanym miejscem. Był ogromny i idealnie zadbany. Zieloną trawę przycięto równiutko, podobnie jak wszelkie krzewy i żywopłot. Usiadła na niewielkiej, brązowej ławeczce, w pobliżu fontanny. Wsłuchiwała się w kojący szum wody. Z nieba zaczęły spadać pierwsze, niewielkie na razie krople deszczu, które jednak z każdą chwilą stawały się coraz większe i było ich coraz więcej. Kobieta jednak zdawała się ich nie zauważać. Siedziała bez ruchu na ławce, pozwalając, by deszcz moczył jej ubranie, skórę i włosy, by rozmazał jej i tak leciutki makijaż... Zupełnie, jakby miało ją to oczyścić z wyjątkowo podłego grzechu. Nie wiedziała, ile tak siedziała. Z zamyślenia wyrwał ją dopiero głos Lucjusza, który potrząsał nią lekko. Spojrzała na niego zdziwionym, zagubionym wzrokiem.
- Narcyza, słyszysz mnie?! - Powtarzał uporczywie.
- Słyszę... - Szepnęła. Wydawało jej się, że swoją odpowiedzią przyniosła mu niesamowitą ulgę.
- Wystraszyłaś mnie. - Chwyciła ją w ramiona i uniósł, przyciskając do siebie mocno. - Tak strasznie...
           Zaniósł ją prosto do łazienki, gdzie ściągnął z niej przemoczone ubrania i wytarł mokre ciało. Potem przyniósł jej suche ubranie, a gdy je założyła, zaniósł ją do sypialni. Nakazał skrzatowi przynieść pani Malfoy gorącą herbatę z cynamonem, taką, jaką lubiła najbardziej. Pocałował ją w czoło i wyszedł. Znowu ją zostawił. Samą. Znowu nic nie rozumiał...




           Poczuła na ramieniu jego palce. Przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz obrzydzenia. Mężczyzna odgarnął z jej twarzy długie, czarne loki i ustami zaczął błądzić po jej policzku, szukając ust, które tak zawzięcie chciała przed nim schować. Na Merlina, zaraz zwymiotuje, niech on wreszcie przestanie! Ale on nie miał takiego zamiaru. Odwrócił ją na plecy. Nie miała wyboru, jeśli nie będzie robić problemów, to wszystko szybciej się skończy. Rudolf chciał potomka. Pragnął go nieustannie już od jakiegoś czasu. A ona, jako jego żona, miała obowiązek mu go dać. Choć szczerze nie chciała mieć dziecka, nie wyobrażała sobie siebie w roli matki. Przez cały czas miała zamknięte oczy, powstrzymując łzy. Być może on ją nawet kochał, tego nie wiedziała. Ona się go jedynie brzydziła. Budził w niej odrazę. Jej oddech był dla niej torturą, która nie mogła równać się z nawet najmocniejszym cruciatusem.
           Cały czas starała się myśleć o Narcyzie, by choć trochę zapomnieć o tym, że właśnie kocha się z własnym mężem. Miała nadzieję, że Lucjusz o nią dba. Jutro musi ją odwiedzić, koniecznie.


           Przez ostatni miesiąc życie Narcyzy przypominało bardziej wegetację. Scenariusz wciąż się powtarzał. Ona była nieszczęśliwa, Lucjusz niczego nie rozumiał... Bellatrix często ją odwiedzała. Severus również był dość częstym gościem w ich domu. Tylko jej mąż coraz częściej go unikał. Bolało ją to.
          Był kwietniowy wieczór. Deszcz zawzięcie siekł w szyby, a wiatr huczał głośno. Siedziała w salonie, oczywiście sama i czytała książkę, na której tak naprawdę zbytnio się nie skupiała. Ogień w kominku strzelał cicho, przebijając się przez hałas deszczu i wiatru. Nagle usłyszała dźwięk, który towarzyszył teleportacji. Oderwała wzrok od książki i leniwie go uniosła, przekonana, że to Lucjusz. Jakież było jej zdziwienie, gdy zobaczyła, że na środku pokoju stoi Bellatrix. Roztrzęsiona i zapłakana. Natychmiast zerwała się z kanapy i szybkim krokiem do niej podeszła.
- Bella? Co się dzieje? - Starała się ją jakoś uspokoić.
- Pomóż mi... - Wyjęczała tamta. - J... Ja jestem... W ciąży...
           Ledwo dokończyła to zdanie i wybuchła niekontrolowanym płaczem. Narcyza przytuliła ją mocno, głaszcząc po ciemnych lokach.
- Ależ, kochanie... To wspaniała wiadomość! - Zapewniła ją ze spokojem.
- Ale Narcyza! Ja nie chcę tego dziecka, rozumiesz? Nie chcę go urodzić, nie chcę go wychowywać... Nie chcę... - Wydukała.
- Chodź, siadaj... - Posadziła siostrę na kanapie i usiadła przy niej. - Teraz tak mówisz, bo się po prostu przestraszyłaś. Ale kiedy je urodzisz, weźmiesz na ręce... Będziesz szczęśliwa. A pomyśl tylko, jak się Rudolf ucieszy...
- Co on mnie obchodzi? Nienawidzę go, rozumiesz? Nigdy go nie kochałam, nigdy nie chciałam zostać jego żoną... A już na pewno nigdy nie chciałam urodzić mu dziecka!
- No już, cicho... Nie denerwuj się, proszę. - Starała się uspokoić roztrzęsioną siostrę, choć nie dawało to żadnych, większych efektów. - Zostań na noc. Tak będzie lepiej.
- Mogę? - W oczach Belli pojawiła się nadzieja, jakby zmieniła się nagle w pięcioletnie dziecko.
- Możesz tu spać, kiedy tylko chcesz. - Zapewniła ją.
           Była jej wdzięczna. Wiadomość o dziecku zupełnie ją dobiła. Co tu dużo kryć, nie chciała go. Zajęła pokój, który dała jej Cyzia. Mimo, że się położyła, nie mogła zasnąć, wciąż zastanawiając się, co ma zrobić. Ciąża oznaczała odejście od roli Śmierciożerczyni, przynajmniej na rok. Nie chciała tego, to przecież było dla niej tak cholernie ważne...
           Narcyza przysunęła sobie fotel bliżej kominka i wpatrywała się niewidzącym wzrokiem w gorące, czerwone języki ognia, które raz za razem lizały drewno. Bella w ciąży, tego się nie spodziewała. Ale skoro już się stało... Nie pozwoli jej, by usunęła to dziecko. W końcu ma warunki, może je wychować. A ona pomoże jej, jak tylko będzie umiała. Nie chciała, by tamta później żałowała swoich czynów, a była przecież od tego, by pohamować narwany charakter siostry. Tylko ona, nie licząc oczywiście Czarnego Pana, potrafiła ją uspokoić, przekonać do czegoś. Nie zawsze jej to wychodziło, owszem. Czasem było to naprawdę bardzo, bardzo trudne, a niejednokrotnie omal nie dostała cruciatusem. Ale mimo wszystko była jedyną osobą, która mogła odwieść Bellatrix od tego szalonego pomysłu. Choć...
            Nagle w głowie kobiety zaświtała pewna myśl. Początkowo zupełnie nie brała tego poważnie, ot zwyczajny, głupi pomysł, spowodowany nagłą bezsilnością. Jednak po krótkim upływie czasu stawało się to dla niej coraz realniejsze. Była zdeterminowana, by wesprzeć siostrę i nie pozwolić, by w akcie swojej głupoty skrzywdziła jej siostrzeńca, bądź siostrzenicę. Jeśli będzie musiała wykorzystać swój pomysł, zrobi to. Może nie należał on do najbezpieczniejszych, nie był też fair w stosunku do Belli, ten jeden, jedyny raz jednak mogła zaryzykować.
            Wysłała list, w którym prosiła go o spotkanie. Zgodził się, napisał, by przyszła do jego mieszkania nazajutrz, około ósmej rano. Tej nocy nie mogła spać, wciąż zastanawiała się, co mu powie, jak się wytłumaczy. Spoglądała od czasu do czasu na śpiącego obok Lucjusza. Słabe, srebrne światło księżyca, wpadające przez okno oświetlało jego twarz, nadając jej bladego, może nawet nieco upiornego wyglądu. Westchnęła cicho, odwracając się na bok. Wyciągnęła jedną rękę i pogładziła jego chłodny policzek. Uśmiechnął się przez sen, jakby jej dotyk miał magiczną moc uszczęśliwiania. Usta kobiety również wygięły się na moment w uśmiechu, który jednak szybko zniknął. Odsunęła się i wpatrzyła w okno.



poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Szaleństwo. Rozdział I

         


Od Autorki.

Uch, pierwszy rozdział skończony! Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że jest to ff głównie o Malfoy'ach, ale będą pojawiać się również wątki z innymi postaciami. Nie zawsze też wszystko będzie zgodne z oryginałem. Jeśli pojawiły się jakieś błędy, to proszę o otwarte pisanie o nich, niestety nie jestem w stanie wszystkiego wykryć i poprawić. :)

           Salon w Dworze Malfoy'ów był duży, zimny i trochę ponury. Szare ściany ozdabiały portrety członków rodziny Malfoy i Black. Ogień pochodzący z kominka nie był w stanie ocieplić klimatu, który tu panował. Duży, prostokątny stół, który stał tu zawsze podczas spotkań Śmierciożerców teraz gdzieś zniknął. Zamiast niego przed kominkiem stał dębowy stoliczek i trzy fotele, ustawione wokół niego w półkolu. Na jednym z nich siedział chudy mężczyzna o ziemistej twarzy i czarnych włosach, sięgających prawie do ramion. Trzymał w ręce kieliszek z brązowym trunkiem. Na przeciwko niego miejsce zajął znacznie postawniejszy blondyn o szarych, zimnych oczach. Miał bladą cerę, a na twarzy gościł mu zimny grymas, coś w rodzaju pogardliwego uśmiechu. Obaj mężczyźni ubrani byli w czarne szaty.
- Co zamierzasz zrobić z Narcyzą? - Spytał brunet, spoglądając uważnie na towarzysza.
- Jeszcze nie wiem, Severusie... - Tamten wzruszył ramionami. - Uzdrowiciel twierdzi, że nie zaszkodziłaby jej terapia na oddziale, jednak przyznaje też, że nie jest ona konieczna. Nie chcę oddawać jej w obce miejsce, wolę sam kontrolować jej stan.
- Rozumiem to, ale pomyśl... Nie znasz się na tym, możesz jej zaszkodzić.
- Moja żona nie jest wariatką, nie pozwolę, by ktokolwiek jej to wmawiał! - Blondyn oburzył się.
- Nikt jej tego nie wmawia. - Człowiek, nazywany przez towarzysza Severusem wciąż zachowywał spokój. - Ale przyznaj, że ostatni incydent był nieco... Dziwny. I niepokojący.
- Jeśli to się powtórzy, to zgodzę się, by wzięto ją na jakiś czas do szpitala. Ale na razie chcę, by została w domu. - Szarooki oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu, chcąc jednocześnie tym samym dać koledze do zrozumienia, że temat się wyczerpał.
- Jak uważasz, Lucjuszu. Wierzę, że wiesz, co robisz. - Severus skinął lekko głową i nie wspominał więcej o Narcyzie.
           Temat ich rozmowy zszedł na sprawy Czarnego Pana i ich wspólnej służby. Dyskusja jednak nie była zbyt pociągająca, średnio się kleiła. Severus Snape wciąż myślał o żonie przyjaciela. Znał Narcyzę doskonale, jeszcze za czasów szkoły byli bliskimi przyjaciółmi. Wiedział, że Malfoy nie pozwoli skrzywdzić żony, ale bał się, że jego zawziętość i przekonanie, że wszystko wie i potrafi najlepiej tylko zaszkodzą kobiecie. Wiedział jednak doskonale, że dalsza rozmowa nie ma sensu, bo tamten już postanowił.
           Również myśli Lucjusza zaprzątnięte były Narcyzą. Może przyjaciel ma rację, może jego żona potrzebuje większej opieki, niż mu się wydaje? Ale nie mógł jej oddać do Munga, wiedział o tym. Nie potrafił tego zrobić i już. Dadzą sobie jakoś radę, muszą.
Gdy Severus wyszedł mężczyzna jeszcze raz wrócił myślami do tego dziwnego incydentu.

             Podobne sytuacje zdarzyły się już kilka razy wcześniej. Nigdy jednak nie były one aż tak poważne. Wrócił do domu około pierwszej w nocy, razem z jednym ze Śmierciożerców. Mieli do wykonania zadanie, które nie sprawiło im większego problemu. Rozmawiali jeszcze w jego salonie o czymś, co koniecznie powinno zostać między nimi. Tylko i wyłącznie. Wtedy, zupełnie nagle i niespodziewanie jego rozmówca uderzył w ścianę. Odwrócił się gwałtownie i dostrzegł zarys postaci, która i jego chciała obdarować zaklęciem. Z łatwością wytrącił jej różdżkę z ręki i obali na ziemię. Udało mu się pozbierać kompana. Przy pomocy zaklęcia oświetlił nieco pomieszczenie i wtedy dostrzegł, że na ziemi leży obezwładniona Narcyza. Spojrzał na drugiego Śmierciożercę.
- Idź już. - Nakazał mu.
- Lucjuszu... Wiesz o czym rozmawialiśmy. - Tamten spojrzał na leżącą kobietę znacząco. Miał zimny, wysoki głos. - Załatw to, póki jeszcze możesz zrobić to sam.
- Poradzę sobie. Idź już! - Naciskał pan Malfoy. Tamten więc deportował się.
           Blondyn podszedł do żony, zdjął z niej zaklęcie i podniósł z podłogi. Przyjrzał się jej twarzy. W słabym świetle, pochodzącym z jego różdżki widział złość. Marszczyła nos i mierzyła go lodowatym, nienawistnym spojrzeniem. Czuł, że to nie skończy się dobrze.
- Zaatakowałaś nas. - Wyrzucił jej.
- Co takiego masz załatwić? - Odpowiedziała pytaniem na pytanie. - Masz mnie zabić, tak? Od dawna chcesz to zrobić, myślisz, że nie wiem?!
- Co ty znowu wygadujesz?! - Zniecierpliwił się. Jej chore fobie doprowadzały go do szału. - Powiedz mi, co słyszałaś z naszej rozmowy.
- Nic. Nie słuchałam was. - Warknęła, próbując wyrwać nadgarstek z żelaznego uścisku jego dłoni. - Puść mnie.
- Narcyzo... Rozmawialiśmy o czymś naprawdę bardzo ważnym i bardzo poufnym. - Zaczął, jakby nie usłyszał jej nakazu. - W najlepszym przypadku będziesz musiała przy pomocy Wieczystej Przysięgi obiecać, że nigdy nikomu nie powiesz tego, co tu usłyszałaś.
- Kim ona jest? - Blondynka zdawała się w ogóle nie słyszeć jego słów.
- Kto znowu? - Uniósł brwi w zdziwieniu i zniecierpliwieniu.
- Ta kobieta, z którą mnie zdradzasz! - Krzyknęła. Ponownie szarpnęła i tym razem udało jej się wyrwać rękę. Zaczęła pospiesznie cofać się w stronę drzwi. - Wszystko wiem... Domyśliłam się.
- Przestań. - Ruszył w jej stronę. Narcyza wpadła na ścianę i przywarła do niej plecami. Podszedł do niej i pochylił się. - Z nikim cię nie zdradzam.
           Tak duże zmniejszenie dystansu nie było najlepszym pomysłem. Nie dostrzegł, że żona powoli sięgnęła w stronę komody, na której stał duży wazon. Uderzyła nim w Lucjusza. Nie udało jej się trafić w głowę, ale mężczyzna odskoczył, a ogłuszenie i zdziwienie zrobiły swoje. Narcyza rzuciła się do ucieczki. Mężczyzna otrząsnął się i ruszył za nią.
- STÓJ! USPOKÓJ SIĘ, DO CHOLERY! - Krzyczał za nią, ale ona go nie słuchała. Ruszyła w górę po schodach, jednak pośpiech i panika zrobiły swoje. W pewnym momencie potknęła się i upadła.
          Głową uderzyła w kant marmurowych schodów. Z dość głębokiego rozcięcia polała się krew, a kobieta stoczyła się w dół, zostawiając po sobie czerwony ślad. Była zamroczona, ale nie straciła przytomności. Dostrzegła, że rozmazany Lucjusz się nad nią pochyla. Nie chciała tego, ale nie była w stanie wstać ani w żaden sposób się bronić.
- Nie... - Jęknęła słabo, a w oczach stanęły jej łzy. - Zostaw mnie... Zostaw...
           Nie słuchał jej jednak. Z łatwością podniósł i zaniósł ją do sypialni. Co stało się potem, tego kobieta nie pamięta. On jednak zapamiętał to aż nadto dobrze.

           Potem przemył jej zakrwawioną twarz i próbował pozbyć się krwi z jasnych włosów kobiety. Rana jednak wciąż obficie krwawiła. Nakazał skrzatowi domowemu wezwać uzdrowiciela. Tamten pojawił się niemal od razu. Znali się z Lucjuszem bardzo dobrze. Śmierciożerca wyjaśnił mu w skrócie, co się stało. Johnson, bo tak nazywał się uzdrowiciel, wyglądał na zaniepokojonego. Opatrzył ranę Narcyzy i poprosił Lucjusza o rozmowę.
- To już czwarty raz w ciągu niecałych dwóch miesięcy. Zaczyna robić się niebezpiecznie. - Spojrzał poważnie na męża kobiety.
- Ona nigdy wcześniej taka nie była.
- Być może ostatnio wydarzyło się coś, co mogło na nią źle wpłynąć? Poświęcał jej pan za mało czasu, miała dużo stresu, jakiś zmartwień... Powody mogą być różne. Na razie, jeśli to oczywiście możliwe, proszę wziąć trochę wolnego w pracy i spędzać z żoną więcej czasu. Tylko absolutnie niech jej pan do niczego nie zmusza. Jeśli nie chce rozmawiać, niech pan nie nalega. Może pan po prostu koło niej siedzieć. Żadnych krzyków, czy awantur. Pani Narcyza potrzebuje teraz spokoju. Nie ukrywam, że nie zaszkodził by tu pobyt w szpitalu...
- Ale nie jest on konieczny?
- Na razie nie, ale...
- W takim razie Narcyza zostanie ze mną w domu. Zajmę się nią. - Uciął Malfoy.
- Gdy poczuje się lepiej, myślę, że dobrze by jej zrobił wspólny wyjazd. Jeśli coś będzie się działo, proszę od razu mnie wzywać. Pojawię się tu za tydzień. Tutaj... - Podał blondynowi fiolkę. - Są lekarstwa. Jeśli będzie miała napad paniki czy lęku, proszę jej to podać.
- W porządku, dziękuję. - Pożegnali się, Lucjusz zapłacił uzdrowicielowi i tamten zniknął.

            Pojawiła się w ich domu nagle, niczym burza, niszcząc cały spokój. Z jej oczu biła wściekłość. Wpatrywała się w Lucjusza, zupełnie jakby była bliska obłędu. Wiedział o co chodzi, jednak pozostawał milczący. Skoro już wtarła do jego domu bez żadnego zaproszenia, to niech choć sama zacznie się tłumaczyć.
- Gdzie Cyzia? - Wysyczała, mrużąc podejrzliwie oczy.
- Odpoczywa. - Warknął, przyjmując równie wrogą postawę.
- Chcę ją zobaczyć. - Zażądała.
- Jest słaba, potrzebuję spokoju, Bellatrix. 
- To moja siostra!
- A moja żona. I co? - Wzruszył pogardliwie ramionami.
          Brunetka już się nie odezwała. Wyszła z salonu i bez zaproszenia zaczęła przemierzać korytarz w poszukiwaniu Narcyzy. Nie protestował, nie próbował jej zatrzymywać. Nie miał na to siły, wiedział, że i tak jej nie powstrzyma. Po co mu dodatkowa afera? Upił więc tylko kolejny łyk whisky i opadł na fotel.

           Odnalazła pokój, w którym była jej siostra i to bez żadnego problemu. Weszła, nie siląc się, by zapukać. Rozejrzała się dookoła. Okno było zamknięte i zasłonięte, kobieta nie była pewna, czy był to wymysł Lucjusza, czy prośba jej siostry. Wnętrze pogrążało się w półmroku, wypełnione drogimi, kunsztownie zdobionymi meblami. Po środku stało duże łóżko, a na nim skulona postać, która to rzekomo miała być jej młodszą siostrą. Podeszła do niego i usiadła, kładąc rękę na ramieniu blondynki.
- Cyzia? - Powiedziała tak cicho, jak tylko mogła. Tamta odwróciła się i spojrzały na nią duże, zmęczone i przestraszone, niebieskie oczy. - Na Merlina...
- Bella! - Jej głos był tak żałośnie słaby, aż przeszły ją ciarki. - Jak dobrze, że przyszłaś...
           Podniosła się, choć nie bez trudu, i wsunęła w ramiona siostry, jakby znowu była tą kilkuletnią dziewczynką. Bellatrix przytuliła ją, przymykając oczy. Widok siostry przeraził ją.
- Co się stało? Lucjusz ci to zrobił? - Spojrzała znacząco na ranę na czole tamtej.
- Nie... Nie wiem do końca, co się stało... - Spuściła wzrok, jakby czymś zawstydzona.
- Zabiorę cię stąd. - To nie było pytanie. Ani żadna propozycja. To było najzwyczajniejsze w świecie stwierdzenie.
            Wstała i otworzyła szafę, w której znajdowały się rzeczy jej siostry. Znalazła walizkę i spakowała do niej kilka ubrań. Podała jej sukienkę i kazała się ubrać, a sama zeszła na dół, by poinformować Lucjusza o decyzji, która właśnie zapadła.
- Zabieram Narcyzę do siebie. - Oznajmiła twardo, stojąc w progu. Wbiła w szwagrze uważny, wręcz oskarżycielski wzrok.
- Chyba oszalałaś. - Prychnął. - Nigdzie jej nie zabierasz. Ona tu zostaje.
- Jest już spakowana. Musi od ciebie odpocząć, choć kilka dni. A ja muszę mieć pewność, czy na pewno z twojej strony nic jej nie grozi.
           Nie czekała, aż tamten coś odpowie. Deportowała się do pokoju siostry i nim Lucjusz zdążył się tam pojawić, chwyciła ją za przedramię, złapała jej walizkę i z cichym pyknięciem przeniosła się do swojej posiadłości. Rudolfa nie było. I dobrze. Zaprowadziła Cyzię do pokoju i przygotowała dla niej łóżko.
- Każę skrzatowi przygotować ci coś do jedzenia. Na co masz ochotę? - W jej wzroku kryła się troska.
- Nie jestem głodna. Chciałabym... Zostać trochę sama. - Usiadła na łóżku. Była słaba.
- Dobrze. Jeśli będziesz czegoś potrzebować, to daj znać. - Pocałowała ją w czoło i wyszła.
          Narcyza przebrała się ponownie w koszulę, wsunęła pod kołdrę i zwinęła w kłębek. Przymknęła powieki, spod których wypłynęło kilka łez. Nie tak miało być. Wszystko runęło, wymknęło się spod kontroli. Przecież byli normalnym małżeństwem, starała się! Co powinna zrobić lepiej? Kochała go, a on... Wciąż go kocha. To szaleństwo, wiedziała o tym. Gościły w niej dwa, zupełnie różne uczucia. Z jednej strony byłaby w stanie oddać za Lucjusza życie. Był miłością jej życia. Jedynym jego sensem. Z drugiej czuła złość, żal i nienawiść. Zniewolił ją. Nie zauważała, że okazała przed nim słabość, pokazała, że może z nią zrobić, co chce. Więc robił, bo i czemu nie? Ból psychiczny rozbudzał się też w formie fizycznej. Zaciskała zęby, ściskała w dłoniach pościel... Chciała tylko, by odwzajemnił miłość, którą na niego przelała. Całą miłość, jaką mu dała... By oddał jej choć odrobinę swojej...

- Narcyza zamieszka z nami przez kilka dni. - Bellatrix oznajmiła tą wiadomość swojemu mężowi, gdy wrócił do domu.
- W porządku. - Mruknął. Zapadła chwila kłopotliwej ciszy, którą w końcu przerwał. - Znowu miała ten swój histeryczny napad?
- Sama już nie wiem, czy to tylko jej wyobraźnia, czy faktycznie coś jej grozi...
- Ze strony Lucjusza? - Mężczyzna prychnął pogardliwie, spoglądając na żonę. - Daj spokój. Mógłby zabić setki małych mugoli, ale łapy by upierdolił, gdyby ktoś tknął Narcyzę. Możesz go nie lubić, ale doskonale o tym wiesz. A jeśli wciąż nie wierzysz, to wezwij zaufanego uzdrowiciela, zobaczysz, że to potwierdzi.- Bella skrzywiła się niezauważalnie. Jej mąż jak zwykle trzymał stronę Malfoy'a i wyrażał to w ostrych, wulgarnych słowach.
- No cóż... - Bella, mimo iż nie chciała, musiała przyznać mężowi rację. Lucjusz nie skrzywdziłby swojej żony. - Może masz rację... Napiszę do niego jeszcze dziś.
           Następnego dnia, z samego rana w domy Lestrange'ów pojawił się uzdrowiciel. Rozmawiał chwilę z Narcyzą, zbadał ją i z czystym sumieniem oznajmił Belli, że jego zdaniem wiele z tego, to zwykły wyimaginowany strach pani Malfoy, spowodowany najprawdopodobniej nadmiarem stresu i, być może, gwałtownym odsunięciem się od męża. Nakazał, by kobieta pobyła jeszcze jakiś czas w ich domu i spotkała się z mężem, gdy będzie na to gotowa. Dodał również, by Bella próbowała wytłumaczyć siostrze, że rzekome zamiary morderstwa, które niby knuł jej mąż są tylko jej wyobraźnią. Przyjęła jego rady i miała zamiar się do nich zastosować.
Narcyza jednak nie chciała rozmawiać. Wieczorem natomiast pojawił się u nich Lucjusz. Kompletnie pijany. Bella była na niego zła. Jakoś nie miała ochoty niańczyć jeszcze jego.
- Ja... Mhuszeee... Porozmawiaaaać... - Bełkotał tak, że ledwo go rozumiała. - Z Nar... cyzą... Muszę... Porozmawiać z nią... Muszę!
- Daj spokój, Malfoy! Nie kompromituj się. - Nakazała mu władczym tonem. - Ona teraz nie będzie z tobą rozmawiać. Ale wróci. Obiecuję...
- Kocham ją... - Pijany mężczyzna zaczynał się przed nią rozklejać. Nagle jego głowa wylądowała na jej ramieniu. - Kocham ją, Bellatrix... Tak... Bardzo...
- Wiem, Malfoy. Wiem. - Westchnęła. - Idź do domu, połóż się, prześpij... Wróci...