czwartek, 28 sierpnia 2014

Jedyna szansa. Rozdział VIII

           

           Życie toczyło się swoim zwykłym, nieco nudnym tempem. Wciąż powtarzały się te same sytuacje, które stawały się powoli męczące, a zarazem ciężko było wyobrazić sobie bez nich dalsze życie. Budziła się i odruchowo sprawdzała, czy Lucjusz jest obok. Zazwyczaj był. Jedli razem śniadanie, a później on wychodził do Ministerstwa. Wracał wieczorami i dopiero wtedy mogła się nim nacieszyć. Jednak jego tajna służba dla Czarnego Pana się nie kończyła. Wciąż znikał często na całe noce, pozostawiając ją samą w tym ogromnym domu. A ona umierała każdej tej pustej nocy, nie wiedząc, co się z nim dzieje, gdzie jest, czy w ogóle wróci... Każde jego odejście traktowała jak pożegnanie, jakby już nigdy mieli się nie zobaczyć. Miała nadzieję, że w końcu się przyzwyczai i przestanie to wszystko przeżywać tak mocno, jednak to miało nigdy nie nastąpić.
            Wreszcie wszystko miało się nagle zmienić, cały jej świat właśnie przewracał się o sto osiemdziesiąt stopni. Podejrzewała to już kilka dni wcześniej, jednak dopiero teraz miała co do tego pewność. Lucjusz wrócił tego dnia później. Po pracy spotkał się z Rudolfem. Od razu zauważył w zachowaniu Narcyzy coś dziwnego. Przyglądał się jej uważniej, jednak nie zaczął tematu jako pierwszy. Zjedli kolację i miał właśnie zamiar pójść się wykąpać, ale kobieta go zatrzymała.
- Poczekaj chwilę. - Poprosiła, podchodząc do niego. Uśmiechała się tajemniczo, ale nie mogła ukryć entuzjazmu, który rozpierał ją od środka.
- Coś się stało? Chcesz mi o czymś powiedzieć? - Był już tak przyzwyczajony do złych wieści, że od razu nastawił się na najgorsze.
- Tak. - Pokiwała powoli głową, a uśmieszek nie schodził jej z twarzy. - Udało się.
- Co? - Nie zrozumiał, zmarszczył brwi.
- Jestem w ciąży. - Oznajmiła w końcu.
- T... To pewne?
- Tak. Dziś byłam u uzdrowiciela. - Uśmiech zdecydowanie jej zmalał, bo Lucjusz nie wyglądał na specjalnie szczęśliwego.
- To świetnie. - Uśmiechnął się blado i odwrócił na pięcie.
- Tylko tyle? Świetnie i jakiś tam niby uśmieszek? - Niemal syknęła. - Myślałam, że tego chcesz, przecież sam mówiłeś, że...
- Bo chcę. - Przerwał jej w połowie zdania. - Bardzo chcę.
- Więc skąd ta oschłość? - Drążyła.
- Po prostu nie wiem, czy... - Zaciął się. To, co chciał powiedzieć najwyraźniej sprawiało mu duży problem. - Nie wiem czy sobie poradzę.
- Z czym?
- Z byciem ojcem. - Narcyza westchnęła z ulgą, chwyciła go za rękę i przyciągnęła do siebie.
- Oczywiście, że sobie poradzisz, Lucjuszu. - Wyszeptała, gładząc go dłońmi po karku.
- Sam nie wiem... Raczej nie miałem najlepszego przykładu. - Skrzywił się. Narcyza doskonale wiedziała, o czym mówił.
           Ojciec Lucjusza, a jej teść, Abraxas Malfoy był człowiekiem bardzo surowym i stanowczym. Traktował syna jak „maszynkę” do potrzymania rodu. Podobnie, jak i jego matkę. Cyzia wiedziała, że nie był ani dobrym mężem ani tym bardziej ojcem. Ale Lucjusz był inny. Owszem, z boku bardzo przypominał ojca. Był podobny z wyglądu. Wysoki, dobrze zbudowany blondyn o zimnych, stalowych oczach. Władczy i chłodny, sprawiał wrażenie człowieka bez jakiejkolwiek wrażliwości, jakby bez mrugnięcia okiem mógł wyciągnąć różdżkę i zabić kogoś, kto mu się akurat nie spodobał. I w pewnym sensie taki był. Ale nigdy dla Narcyzy. Ona wiedziała, że potrafi kochać. Widziała miłość codziennie w jego oczach. I była pewna, że dla ich dziecka będzie wyśmienitym ojcem.
- Ty jesteś inny. - Zapewniła go.
- Jestem Śmierciożercą, Narcyzo. Boję się, że przez to skarzę nasze dziecko na to samo.
- Poradzimy sobie, zobaczysz.

           Lucjusz się starał, czasem wręcz za bardzo. Lord Voldemort, jakby specjalnie, dawał mu coraz więcej zadań do wykonania, co odciągało go od opieki nad żoną i nienarodzonym jeszcze dzieckiem. Doszło do tego, że Lucjusz poprosił Severusa, by zostawał z Narcyzą, gdy jego nie było. Sev jednak nie zawsze mógł pomagać przyjacielowi, sam w końcu również był Śmierciożercą. A Lucjusz miał powody, by się martwić, bo o ile ciąża Belli przebiegła bez żadnych wyraźnych „zakłóceń”, tak ciąża jego żony już od początku była dość kłopotliwa. Początkowo nie działo się nic, co w jakiś specjalny sposób by ich niepokoiło. Była jedynie bardziej zmęczona, zdarzało się, że nagle słabła. Prawdziwe kłopoty zaczęły się gdzieś w piątym miesiącu.
          Była wtedy z Severusem, bo Lucjusz znowu został wybrany do kolejnych zadań, tym razem związanych ściśle z Ministerstwem. Przez cały ten feralny dzień czuła się kiepsko. Co chwila kręciło się jej w głowie, miała mdłości i najchętniej nie wychodziłaby z łóżka. Severus czytał właśnie książkę, ułożony wygodnie w fotelu w salonie Malfoy'ów. Gdy usłyszał kroki na korytarzu, nie przejął się nimi zbytnio, był przekonany, że Cyzia po prostu nie może zasnąć i nudzi ją samotne leżenie. Gdy jednak weszła do pokoju, jej wygląd od razu go zaniepokoił. Była nienaturalnie blada, trzęsła się lekko i oddychała płytko. Zerwał się, rzucając książkę na fotel i podszedł do niej.
- Źle się czujesz? - Spytał z nieskrywaną troską, która była dla niego tak nietypowa.
- Gorzej, niż zwykle. - Przyznała. Chciał zaproponować, że zabierze ją do szpitala, nie zdążył jednak, bo ta osunęła się bezwładnie na ziemię.

          Otworzyła oczy. Ogarniał ją półmrok, w którym z trudem mogła cokolwiek dostrzec. Miała wrażenie, jakby ktoś zamienił jej ciało na jego dziwną imitację zrobioną z ołowiu. Zarys obok jej łóżka poruszył się i po chwili pokój rozświetliło słabe światło. Lucjusz, na którego twarzy malowało się wyraźne zmęczenie, siedział przy łóżku i ściskał jej dłoń. Pamięć wracała powoli. Spojrzała na męża z niemym pytaniem.
- Wszystko w porządku. - Zapewnił, a ona odetchnęła z ulgą. - Przestraszyliście mnie...
- Na pewno nic mu nie jest? - Nawet mówienie sprawiało jej pewną trudność, musiała bardzo skupiać swój, wciąż jeszcze otumaniony umysł, by złożyć w miarę sensowne zdanie.
- Na pewno, skarbie. Ani tobie ani jemu. - Powtórzył swoje zapewnienie, całując ją w czoło. - Zaraz wrócę.
           Wyszedł i nie było go przez jakiś czas. Narcyza nie wiedziała do końca ile. Dziesięć minut? Może trochę więcej...
           Lucjusz odszukał medyka, który zajmował się jego żoną i poprosił go o rozmowę, której nie mieli jeszcze okazji przeprowadzić. Chciał wiedzieć, co z jego żoną i czy jej lub dziecku jeszcze coś grozi.
- Zapewne jest pan bardzo zaniepokojony, więc od razu powiem, że jak na razie nie ma potrzeby. - Oznajmił, gdy weszli do jego gabinetu i zajęli miejsca. - Było przez chwilę groźnie, owszem. Ale wszystko powoli wraca do normy, choć nie ukrywam, że pańska żona będzie musiała być pod stałą opieką do czasu rozwiązania.
- Ale czym to było spowodowane?
- Do końca nie wiemy, mogło na to wpłynąć kilka, różnych czynników. Być może po prostu organizm pani Malfoy jest zbyt słaby.
- Ale jej ani dziecku na pewno nic nie grozi? Jest ono zdrowe?
- Na tę chwilę wszystko jest pod kontrolą. Chciałbym tylko poruszyć jeszcze jedną kwestię...
- Słucham?
- Chodzi o ewentualność kolejnej ciąży. Obawiam się, iż nie jest ona wskazana... - Medyk westchnął, zastanawiając się, jak najprościej wytłumaczyć to mężczyźnie. - Chodzi o to, że ciąża raczej pańskiej żonie nie służy. Jest to dodatkowe zagrożenie zarówno dla niej, jak i dla tego dziecka.
- Czyli, reasumując, nie możemy mieć więcej dzieci?
- Możecie państwo, ale ja poważnie bym się nad tym zastanowił. Moim zdaniem ryzyko jest zbyt duże.
- Rozumiem, oczywiście. - Lucjusz kiwnął głową.
- Ma pan jeszcze jakieś pytania?
- Nie, to wszystko z mojej strony.
- W porządku. Ja też chyba nie mam już nic do dodania.
- Dziękuję w takim razie, wracam do żony.
           Zastanawiał się nad tym, co powiedział mu uzdrowiciel. Nie wiedział, czy powinien mówić o tym Narcyzie. Może lepiej zrobić to później? Tak, zdecydowanie. Nie było sensu teraz dodatkowo jej stresować. Z resztą nie miałby nawet ku temu okazji, gdyż jego żona spała spokojnie.

           Kolejne trzy miesiące minęły im w zawieszeniu między domem, a szpitalem. Wszystko zaczęło się zbyt wcześnie. Narcyza szybko przekonała się, że poród jest jedynym z największych koszmarów kobiety. Gdy w końcu zobaczyła swoje nowo narodzone dziecko ogarnęło ją przerażenie. Nie płakało, nie wydawało z siebie żadnego, najcichszego dźwięku. Ostatnie, co pamięta, to jej panika i krzyk.
           Gdy obudziła się następnego dnia pierwsze, co zobaczyła, to Lucjusz. Zmęczony, z podkrążonymi oczami. Prawie zasypiał na siedząco.
- Lucjusz? - Wyszeptała słabo. Próbowała się podnieść. Z marnym efektem.
- Leż... - Powiedział, patrząc na nią z troską.
- Gdzie... Gdzie ono jest? Co z naszym dzieckiem, Lucjuszu? - Czuła, jak ogarnia ją chłód.
- Wcześniak, ale zdrowy. - Mężczyzna uśmiechnął się do niej. - Chłopiec...
- Dracon. - Szepnęła.
- C... Co? - Zdziwił się.
- Damy mu na imię Dracon. - Oznajmiła. - Pamiętasz, jak kiedyś zacząłeś opowiadać mi o swoim rodzie? O znaczeniu swego nazwiska? Wspomniałeś wtedy o wuju, który interesował się astronomią i często wieczorami wychodził z tobą na zewnątrz, by opowiadać ci o poszczególnych gwiazdozbiorach. Opowiedziałeś mi wtedy o gwiazdozbiorze Draco...
- Tak... Gwiazdozbiór smoka, znajduję się na południowym wschodzie. - Oznajmił Lucjusz z dumą. - Mój ulubiony.
- Powiedziałeś wtedy, że chciałbyś nazwać tak swego syna. - Narcyza doskonale to zapamiętała, mimo że było to dużo wcześniej zanim zostali małżeństwem.
- Możemy wybrać coś innego, jeśli to imię ci się nie podoba, Cyziu.
- Ale ja nie chcę innego imienia.
           I tak, piątego czerwca przyszedł na świat Dracon Lucjusz Malfoy.

           Gdy po prawie czterech tygodniach mogli już zabrać syna do domu, nie posiadali się ze szczęścia. Draco był malutkim, drobnym, uroczym chłopcem o jaśniutkich, niemal białych włosach. Z czasem jego oczy stały się szare, jak oczy jego ojca. Narcyza nie widziała poza nim świata i byłaby gotowa oddać życie, byleby tylko chronić go przed całym złem. Wtedy nie wiedziała jeszcze, że faktycznie, by chronić syna  zaryzukuje je dwa razy...
             Oboje zgodnie zdecydowali, że chrzestnym ich dziecka zostanie Severus, a chrzestną Bellatrix. Mały „smok” był nieco chorowity, ale rozwijał się prawidłowo. W życiu Malfoy'ów wreszcie zagościł względny spokój, którego tak bardzo pragnęli.
             Lucjusz dopiero po dwóch miesiącach zebrał się na odwagę, by porozmawiać z Narcyzą o tym, co powiedział mu medyk. Nie wiedział, jak zareaguje, a nie chciał, żeby znowu cierpiała, czy zamartwiała się. Nie mógł jej jednak przecież okłamywać w nieskończoność.
- Draco jest taki słodki... - Zachwycała się, stojąc nad łóżeczkiem i przyglądając się śpiącemu synkowi.
- Tak.. - Objął ją i złożył na jej ramieniu delikatny pocałunek. - Musimy porozmawiać...
- Słucham? - Posłała mu rozmarzony uśmiech.
- Po tym, jak Dracon się urodził... Rozmawiałem z uzdrowicielem. - Skłamał co do daty rozmowy z medykiem. Wziął głębszy oddech. - Nie będziemy mogli mieć więcej dzieci.
- C... Co? Ale... Dlaczego? - Zmarszczyła czoło. - Przecież Draco jest zdrowy... Prawda?
- Z Draconem wszystko w porządku. Po prostu... Kolejna ciąża może być dla ciebie niebezpieczna... Podobnie, jak dla ewentualnego dziecka. - Pogłaskał ją po policzku. Był zły, widząc jej zdziwione oczy, w których znowu powoli sadowił się smutek.
- A ja... - Zawahała się, zerkając na synka. - Chciałam mieć jeszcze córkę...
- Wiem, Cyziu, wiem... - Przytulił ją, gładząc delikatnie po włosach.
            Świadomość, że nie będzie mogła mieć więcej dzieci nie dawała jej spokoju, a w stosunku do Dracona stała się nadopiekuńcza. Całą swoją miłość przelewała na niego, pilnując bardzo dokładnie, by nie stała mu się żadna krzywda.



Ósmy rozdział już za mną! Cały czas się zastawiam, czy ktoś to w ogóle czyta, bo jak na razie, to cisza, jeśli chodzi o komentarze... Ale mimo to dodaję kolejnego arta, który skradł moje kruche, skore do wzruszeń serce... No dobra, dobra, wystarczy na dziś tego rozczulania się, bo zaraz opadnie cała otoczka mojego cynizmu!




niedziela, 24 sierpnia 2014

Zbrodnia i kara. Rozdział VII



           Z salonu w dworze Malfoy'ów zniknęły fotele i stolik. Tym razem, na polecenie Czarnego Pana nie wstawiono tu ogromnego, długiego i ciężkiego stołu z wieloma krzesłami. Tym razem całe to ogromne pomieszczenie świeciło pustkami. Na razie, oczywiście. Zebranie umówione było na równą dwudziestą. Biada temu, kto odważyłby się spóźnić. Chętnych nie było, a ci najbardziej zapobiegliwi zjawiali się w rezydencji państwa Malfoy już półgodziny wcześniej.
          Narcyza usiłowała uspokoić skołatane nerwy. Przecież na pewno nic złego nie mogło się stać... Czy aby naprawdę była o tym tak bardzo przekonana? Przecież w rzeczywistości wiedziała, że mogło się stać dosłownie wszystko. Mógł ich nawet zabić, każdego, nie oszczędzając nikogo. Wiedziała, że był do tego zdolny. Nie było czegoś takiego, do czego nie mógłby się posunąć. A ona wiedziała o tym aż za dobrze.
            Nie była po jego stronie. Nigdy. Trwała jedynie wiernie przy swym mężu, oszukując siebie i otaczających ją dookoła ludzi. Bo go kochała. I dla Belli. Bo dla niej był on chyba jeszcze ważniejszy, a ją przecież też kochała. Cyzia nie umiała tego pojąć. Bellatrix zrobiłaby dla Niego wszystko. Byłaby w stanie oddać za tego podłego drania życie. A on bez mrugnięcia okiem oddałby ją, żeby tylko zdobyć to, czego akurat pragnął. Nie miał żadnych skrupułów. Wymagał od swych poddanych wierności i lojalności, choć sam nie potrafił, bądź też nie chciał odwdzięczyć się tym samym. Byli dla niego niczym, mogliby ginąć, jeden za drugim, byleby tylko się nie sprzeciwiali i grzecznie wykonywali jego rozkazy.
          Zeszła do wypełnionego już salonu pięć minut przed dwudziestą i odszukała w tłumie Lucjusza. Stał i rozmawiał z Rudolfem i Severusem. Przy nich była też Bella, zagubiona, blada i zamyślona. Narcyzie zmiękły nogi, trzęsąc się, z trudem do nich dotarła. Stanęła między Lucjuszem a Bellą. Za nią był Severus, a miejsce za jej siostrą zajął Rudolf. Czekali. Minuta za minutą, sekunda za sekundą... W końcu pojawił się nagle i niespodziewanie, o równej dwudziestej. Cała sala zamarła i pokłoniła się głęboko i z szacunkiem swojemu Panu.
- Witajcie, drodzy Śmierciożercy! - Jego głos rozniósł się echem po pomieszczeniu, budząc w nich wszystkich ciarki. - Jak się zapewne domyślacie spotkanie to ma dotyczyć wczorajszego wydarzenia. Nieudanego, szczerze mówiąc. Zawiedliście mnie! Omal was nie zdemaskowano, a do tego wykonaliście zadanie bardzo, bardzo kiepsko. Nie tego się po was spodziewałem, nie tego od was wymagam!
             W sali panowały skrucha i strach. Wszyscy słuchali uważnie, ze spuszczonymi głowami, jakby chcieli tym odkupić swoje winy. Ich pan jednak nie był aż tak łaskawy, by im to popuścić. Zbyt duży błąd popełnili... Popełniła.
- Jestem wściekły! - Ton jego głosu stał się nieco ostrzejszy, choć wciąż był spokojny. - Zawiódł mnie Lucjusz, Rudolf, Amycus, Alecto, Severus... Ale najbardziej... Najbardziej ty, Bellatrix. Czyżbyś nie chciała już być jedną z nas?
- P... Panie... - Bella jąkała się. Niepewnie wychyliła się nieco, a Narcyza zacisnęła oczy. - Oczywiście, że chcę!
- Panieee! - Prychnął Voldemort, przedrzeźniając ją i nakazując gestem ręki, by jego służka podeszła bliżej. - Zawiodłaś mnie, Bello. A za to musi być odpowiednia kara, ku przestrodze dla wszystkich... Crucio!
            Bellatrix upadła na kolana, a z jej ust wymknął się krzyk. Voldemorta jednak nie satysfakcjonowała tak słaba reakcja na jego torturę. Wiedział, że kobieta jest wytrzymała, sam ją szkolił. Mimo to powtórzył zaklęcie. Potem jeszcze raz i znowu... Przy czwartym razie wiła się już, krzycząc głośno. Zwiększył siłę działania zaklęcia, a krzyki kobiety bardzo powoli słabły. Jest jeszcze bardziej wytrzymała, niż sądziłem... - pomyślał, z niejaką satysfakcją. Szykował się właśnie do piątego razu, gdy nagle dostrzegł kątem oka zbliżającą się do niego Narcyzę. Miała pewny krok i była zdeterminowana.
- Dość! - Krzyknęła kobieta niemal władczym tonem i usiłowała chwycić jego nadgarstek w chwili, gdy wypuszczał kolejne zaklęcie, które zamiast w Bellę ugodziło w jej młodszą siostrę.
           To był odruch. Przypływ nagłej, chwilowej odwagi nakazał jej bronić siostry. Ludzie czasem dają się ponieść emocją, czasem nawet najbardziej opanowana osoba po prostu nie wytrzyma. Czasem nie da się nie zareagować. Gdy jednak jej spojrzenie napotkało spojrzenie Lorda, a zaklęcie trafiło w nią odwaga nagle gdzieś prysła. Upadła na kolana przed Riddle'm, nie mogąc powstrzymać przy tym głośnego krzyku. Nie była tak wytrzymała, jak Bella. Podpierała się rękami o zimną posadzkę, a głowę miała opuszczoną tak, że długie włosy zakrywały twarz. Lucjusz zerwał się, by do niej podejść, najwyraźniej nie pamiętał do końca, z kim ma do czynienia. Rudolf jednak w porę chwycił go za ramię, dając mu ruchem głowy do zrozumienia, że to najgorsze, co może teraz zrobić. Pozostał więc na swoim miejscu, biernie patrząc, jak jego żona klęczy przed obcym mężczyzną i cicho syczy z bólu.
- Czyżbyś się mi właśnie postawiła, Narcyzo? - Zapytał Tom, patrząc na kobietę z wyższością.
- N... Nie... Panie... - Wydukała z trudem.
- Więc co to było?! - Drążył.
- Ja... Tylko... Ona by... tego... nie... nie wytrzymała. - Bełkotała, próbując się wytłumaczyć.
- Patrz na mnie, gdy do mnie mówisz! - Krzyknął i potraktował ją bardzo lekką, jednak i tak bolesną torturą. Jęknęła i z trudem uniosła głowę.
- Przepraszam... Panie.
- Wyjdźcie wszyscy, oprócz tych dwóch. - Wskazał ruchem głowy na leżące na ziemi siostry. - WSZYSCY! Natychmiast. Wracajcie do swoich domów. Nie chcę was tu widzieć.
            Rudolf i Sev niemal siłą wyprowadzili na korytarz Lucjusza, podczas gdy pozostali Śmierciożercy znikali jeden po drugim. W końcu w salonie została tylko trójka osób. Tom podszedł do Narcyzy i przykucnął przy niej, chwytając ją mocno za podbródek i zmuszając, by na niego spojrzała.
- Za to, co zrobiłaś powinienem cię od razu przy wszystkich zabić, głupia! - Krzyknął jej prosto w twarz. - Chyba czujesz się zbyt pewnie i zapominasz, kim jestem.
- Nie, Panie... Przepraszam, to już się więcej nie powtórzy.
          Ten jej już jednak nie słuchał. Potraktował półprzytomną Bellę kolejnym crucio. Ciało kobiety wygięło się, a zamiast krzyku z ust wydobywał się żałosny jęk. Narcyza błagała go, by przestał, a po policzkach ciekły jej łzy. W końcu, gdy tamta straciła już zupełnie przytomność, odpuścił sobie. Jej ciało opadło bezruchu, a Narcyza obawiała się, że nie żyję.
- Zapamiętaj, że nigdy, przenigdy nie wolno mi się sprzeciwiać. - Wysyczał.
             Nie byłby sobą, gdyby nie ukarał Cyzi. Potraktował ją zaklęciem, a ona upadła na podłogę, krzycząc przeraźliwe. Wiła się, jakby usiłowała oddalić od sprawiającego ból zaklęcia. Voldemort był jednak nieubłagany. Widok cierpiącej kobiety sprawiał mu tylko coraz większą przyjemność, więc zwiększał siłę z każdą chwilą coraz bardziej. W pewnym momencie Narcyza nie miała już nawet siły, by krzyczeć. Wiła się jeszcze trochę, cicho pojękując, a po policzkach spływały jej łzy. Wtedy brunet zaprzestał tortury.
- Zastanawiam się jeszcze, co taka kobieta, jak ty robi z Lucjuszem. - Wysyczał, pochylając się nad nią. - Możesz mieć każdego, a wybrałaś akurat jego... Dziwne...
          Wyszedł, łaskawie pozwalając przerażonemu Malfoy'owi na wejście do salonu.

           Lucjusz uklęknął przy leżącej na ziemi Narcyzie. Odgarnął blond włosy z jej twarzy. Czuł, jak strach ściska mu gardło, utrudniając oddychanie. Wziął ją na ręce i zaczął iść w stronę wyjścia. Był wściekły, że zostawił ją samą. Co z niego za mąż? Co z niego za mężczyzna?! Ignorując zupełnie Severusa wyniósł ją po schodach i wszedł do sypialni. Ułożył ją delikatnie na łóżku i usiadł obok, wpatrując się w jej bladą twarz z niepokojem. Sev przyszedł chwilę później.
- Wezwę uzdrowiciela. - Mruknął Lucjusz, wstając.
- Nie. - Tamten chwycił go za ramię. - Narcyzie nic nie będzie. A ty wpakujesz się tylko w kłopoty. Ją przy okazji też. Jak wytłumaczysz, że ktoś wielokrotnie rzucił na nią zaklęcie niewybaczalne?
- Więc mam ją tak zostawić? - Obruszył się.
- Nic jej nie będzie. - Powtórzył Sev.
           Długo mu to zajęło, ale w końcu przekonał przyjaciela, że wmieszanie w to uzdrowiciela nie jest najlepszym pomysłem. Został z nim aż do północy. Gdy miał już pewność, że tamten nie ma zamiaru zrobić czegoś głupiego wrócił do domu. Był wykończony.
           Malfoy nie spał przez całą noc. Wpatrywał się w śpiącą niespokojnie żonę, raz po raz wyrzucając sobie, że ją zostawił. Zostawił swoją  Ładną Panią na pastwę tego dziwnego, okrutnego mężczyzny, którego działań jeszcze do końca nie pojmował. Obudziła się dopiero nad ranem, około szóstej. Mężczyzna widział, że wciąż jest słaba, ale jej ledwo widoczny uśmiech dodał mu nieco otuchy.
- Przepraszam. - Szepnął, całując ją czule w skroń.
- Za co? - Ledwo dosłyszał jej słaby szept.
- Za to, że cię tam zostawiłem. Że pozwoliłem na to wszystko...
- Nie mogłeś nic zrobić. Gdybyś i ty się sprzeciwił, to tylko byś zaszkodził. - Przymknęła oczy, mówienie sprawiało jej pewną trudność. - Co z Bellą?
            Lucjusz dopiero teraz uświadomił sobie, że ani przez chwilę nie pomyślał o szwagierce.
- Rudolf ją zabrał. - Odpowiedział. - Nie martw się, nic jej nie będzie.
            Narcyza spędziła w łóżku cały następny dzień. Od tego incydenty Lucjusz stał się na jej punkcie wyjątkowo przewrażliwiony. Nie lubił, gdy gdzieś sama wychodziła lub gdy musiała przebywać w towarzystwie Śmierciożerców. Do tego dochodziła zazdrość, która była wręcz chorobliwa. Choć przecież nie miał powodów, by ją odczuwać. Być może tego nie zauważał, ale Narcyza nie widziała poza nim świata i nie było nawet takiej możliwości, by miała odejść do kogoś innego. Wiedzieli o tym wszyscy, tylko nie Lucjusz.

           Bellatrix przyszła do nich dwa dni po fatalnym spotkaniu. Lucjusz był wtedy w bibliotece. Lestrange zastała siostrę w salonie. Była zła i nie miała zamiaru tego ukrywać. Rzuciła jej karcące spojrzenie.
- Straciłaś rozum?! - Krzyknęła, zbijając panią Malfoy z tropu. - Po co się w to mieszałaś?! Poradziłabym sobie!
- Zabiłby cię! - Oparła tamta, równie wzburzona.
- Nie, Cyziu, mnie by nie zabił! Nie pozbywa się swoich najlepszych sług tylko dlatego, że raz powinęła się im noga! Ale co do ciebie nie miałby żadnych skrupułów! Zabiłby cię i nawet nie mrugnął!
- Ale jakoś tego nie zrobił! - Odparowała.
- Bo miałaś ogromne szczęście! - Bella zdawała się być coraz bardziej wytrącona z równowagi. - Nie rób czegoś takiego nigdy więcej, Cyziu. Jemu nie wolno się sprzeciwiać, rozumiesz?
- Będę robiła to, na co mam ochotę. - Odparła tamta obrażona.
- Nie zaczynaj ze mną tej idiotycznej dyskusji! - Śmierciożerczyni chwyciła siostrę za nadgarstek.
- Puszczaj, Bellatrix!
- Najpierw mi obiecaj, że więcej nie zrobisz niczego równie głupiego i nieodpowiedzialnego! - Narcyza milczała zawzięcie, doprowadzając tym starszą kobietę do szału. Brunetka szarpnęła nią. - NO OBIECAJ MI TO, DO CHOLERY! NIE BĘDZIESZ DLA MNIE RYZYKOWAĆ, NIGDY! NIGDY, ROZUMIESZ?!
- Co to za krzyki? - Do salonu wszedł Lucjusz. - Puść ją, Bella.
- Nie wtrącaj się. Rozmawiamy. - Warknęła do mężczyzny.
- Nie rozkazuj mi w moim własnym domu. - Odparł, podchodząc do kobiet i wyszarpując żonę z uścisku szwagierki.
- Właśnie usiłuję nauczyć twoją żonę, by nie wtrącała się w sprawy Czarnego Pana, bo najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, jak to się może dla niej skończyć!
- Tu Bella ma akurat rację. Twój ostatni wyskok nie należał do najmądrzejszych. - Lucjusz z niemałym trudem zgodził się ze szwagierką.
- A nie mówiłam? - Zwróciła się tamta triumfalnie. - Więc jak?
- Niczego ci nie obiecam, Bellatrix. Jeśli zajdzie taka potrzeba, jestem w stanie nawet go zabić. - Odparła żona Malfoy'a.
- Nie mów tak, Cyziu! - Skarciła ją, ona jednak już jej nie słuchała. Odwróciła się na pięcie i wyszła z salonu.
            Miała dość tego, że ciągle traktowali ją jakby była małym dzieckiem. Ciągle słyszała „Narcyzo nie rób tego, tamtego też nie! Och, Cyziu, to niebezpieczne, tak nie można, nie wolno ci, przestań natychmiast!”. Nieustannie na coś jej nie pozwali, chcieli ją kontrolować i wiecznie mieć nad nią władzę. A przecież ona umiała o siebie zadbać. Wyglądała tylko tak niepozornie i niewinnie.



czwartek, 21 sierpnia 2014

Nowy członek rodziny. Rozdział VI

         

              Lucjusz spędzał mnóstwo czasu z Severusem, by przygotować się do spotkania z Voldemortem jak najlepiej. Narcyza czuła, że znowu go traci, uciekała więc do kontaktów z Bellą, która była właśnie w ósmym miesiącu ciąży i choć nigdy by się do tego nie przyznała, coraz bardziej denerwowała się rozwiązaniem. Lucjusz potajemnie faszerował żonę tabletkami. Wspomnienia wróciły już niemal wszystkie i doskonale wiedział, co działo się ostatnim razem. Za nic w świecie nie chciał tego powtarzać.
            Nadszedł w końcu wielki dzień spotkania. O równej dwudziestej Lucjusz wraz z Severusem deportowali się do siedziby Lorda. Z Narcyzą została Bella. Martwiła się stanem siostry, która najwyraźniej niezbyt dobrze przyjęła całą tę sytuację. Rozmawiała jednak wcześniej z Lucjuszem i wiedziała, by w razie czego podać siostrze tabletki uspokajające, oczywiście tak, by niczego nie zauważyła. Nie było jednak takiej potrzeby, blondynka zachowywała względny spokój, choć ręce jej się trzęsły. Czekała niecierpliwie na powrót męża, który nastąpił dopiero grubo po północy. Gdy mężczyzna się pojawił, tym razem już sam, zerwała się z kanapy i rzuciła prosto w jego ramiona.
- Spokojnie, jeszcze żyję. - Zażartował, ale jej nie było wcale do śmiechu.
- I co? - Dopytywała się.
- Nic. Zwyczajne spotkanie. - Uśmiechnął się do niej. - Nic ciekawego. Na razie mam spokój, przynajmniej na najbliższe dwa miesiące. Za dobre sprawowanie. Przez ten czas mam zamiar ci wynagrodzić to, że tak często mnie przy tobie nie było.
           Uniósł ją delikatnie w górę, składając na jej ustach czuły pocałunek, który bez zastanowienia odwzajemniła. Chwilę później znaleźli się w sypialni.


           Od tego czasu minęły niecałe trzy tygodnie. Lucjusz przypomniał sobie, że obrazy zalegające w kartonowych pudłach w bibliotece narysowała jego żona. Teraz usiłował ją przekonać, by do tego wróciła. Był właśnie w trakcie, gdy przerwało im stukanie w szybę. Spojrzeli w tamtą stronę odruchowo. Narcyza wstała i otworzyła okno, przez które wleciała duża, brązowa sowa i ponaglająco dziobnęła kobietę w palec, wyciągając nóżkę z przywiązanym listem. Kobieta pospiesznie odwiązała zwinięty w rulon pergamin i odwinęła go. Był od Rudolfa. Mężczyzna bardzo pokrótce pisał, że jest z Bellatrix w szpitalu świętego Munga. Prosił, by i ona się zjawiła. Powiadomiła o tym męża i dziesięć minut później spotkali się z Lestrange'm na korytarzu.
- Zaczęło się. - Oznajmił, gdy tylko ich zobaczył.
- O Merlinie... - Jęknęła Narcyza. Była zdenerwowana.
           Jedyne, co mogli zrobić, to cierpliwie czekać. Zrobiło się już późno. Narcyza siedziała obok Lucjusza, z głową opartą o jego ramię, którym obejmował ją w talii. W końcu wyszedł uzdrowiciel i zbliżył się do Rudolfa.
- Gratuluję, panie Lestrange. Ma pan śliczną, zdrową i silną córkę! - Oznajmił z szerokim uśmiechem.
- D... Dziękuję. - Wyjąkał Rudolf. - Można do nich wejść?
- Jeszcze nie... Dajmy im chwilę. - Mężczyzna odszedł.
- Gratulację, Rudolf! - Narcyza uściskała szwagra. Była szczęśliwa.
             Gdy jednak udało jej się wejść do siostry, cała euforia jakby się gdzieś ulotniła. Bellatrix nie wyglądała na zbyt szczęśliwą. Podeszła do łóżka i usiadła na stojącym obok krześle.
- Jak się masz? - Szepnęła, spoglądając na łóżeczko, w którym spało niemowlę.
- Zmęczona. - Odmruknęła jej. To akurat było widać.
- Prześpij się. - Cyzia pocałowała siostrę w czoło z wyjątkową troską i czułością. - Zasłużyłaś.
           Chwilę później Bella faktycznie zapadła w mocny sen. Narcyza podeszła do śpiącej dziewczynki. Wyglądała tak ślicznie. Odruchowo się uśmiechnęła. Warto było o nie walczyć – pomyślała i nagle zalała ją fala wspomnień. Zmroziło ją, gdy przypomniała sobie o propozycji Voldemorta. Pomyślała o siedzącym na korytarzu Lucjuszu i omal się nie rozpłakała.
           Wrócili razem do domu i położyli się. Było już bardzo późno, oboje byli zmęczeni. Lucjusz zasnął niemal od razu, ale Narcyzę znowu męczyła bezsenność. Ogarnął ją nagły strach. Zaczęła szukać w ciemności ręki swojego męża, a gdy w końcu na nią trafiła, ścisnęła ją mocno, podniosła i przyłożyła do swoich ust. Blondyn poruszył się i w półśnie przysunął żonę do siebie, zamykając w ją w swoich ramionach. Wtuliła się w niego, wciągając jego zapach i upajając się nim. Strach, mimo iż zmalał, wciąż jeszcze na niej ciążył, jednak dotyk ukochanego mężczyzny pozwalał jej z nim walczyć i ostatecznie udało jej się zasnąć.

           Niemal cały swój wolny czas pani Malfoy rozkładała pomiędzy swego męża, a siostrę i jej malutką córeczkę. Gdy Bellatrix wyszła ze szpitala, Narcyza pomagała jej w opiece nad niemowlęciem. Jak się okazało, młodsza o cztery lata córka Black'ów miała o wiele lepsze podejście do dzieci. Była cierpliwa, potrafiła uspokoić małą, a przy tym wszystkim wyraźnie sprawiało jej to radość. Bella natomiast szybko traciła nerwy, nieporadnie starała się obejść z dzieckiem i czasem nawet potrafiła rozbawić siostrę do łez, gdy ta przyglądała się jej poczynaniom, choćby przy przewijaniu. Bella nie nadawała się na matkę i to było widać.
           Nowa członkini rodziny otrzymała imię Amelia, które bardziej podsunęła Narcyza, niż sami rodzice dziecka. Siostra matki oczywiście została chrzestną, chrzestnym natomiast brat ojca. Dziewczynka była zdrowa i szybko rosła.
- Cyziu... - Bella przyszła do siostry razem z dwumiesięczną córką. - Mam do ciebie prośbę...
- Hmm? - Mruknęła tamta, spacerując z siostrzenicą po salonie.
- Mogłabyś zostać dziś z małą? Bo widzisz... Dziś mamy kolejną akcję, tak bardzo chciałabym wziąć w niej udział... Tęsknię za tym.
- Pewnie, że zostanę. - Posłała siostrze uśmiech. - Nie ma sprawy.
- Świetnie! Skoczę do domu i przyniosę ci potrzebne rzeczy.
           Piętnaście minut później Narcyza została sam na sam z niemowlakiem. Gdy Lucjusz, który bywał już coraz częściej w Ministerstwie wrócił do domu nie ukrywał zdziwienia.
- Widzę, że Bella bez ogródek korzysta z twojej pomocy... - Mruknął, siadając obok żony, która delikatnie bujała w ramionach zawiniątko.
- Nie przesadzaj! I tak siedzę w domu, a lubię, gdy mała tu jest.
          Lucjusza nieco niepokoiło zachowanie żony. Jego zdaniem Narcyza zbyt mocno przywiązywała się do chrześnicy. W końcu jej matką była Bellatrix i, jeśli się dobrze nad tym zastanowić, Cyzia nie miała tu wiele do powiedzenia. Bał się, że w końcu Bella zechce spędzać czas z córką, ograniczając tym samym kontakt dziecka z Narcyzą, a jego żona znowu będzie chodziła przygnębiona. Do głowy przyszła mu pewna myśl... Może to już czas? Może powinni postarać się o dziecko? W końcu oboje byli młodzi i zdrowi, kochali się... Objął żonę, która ułożyła głowę na jego ramieniu. Wyglądała tak uroczo, trzymając to maleństwo na rękach...
          Cały ten słodki urok zniknął gdzieś nagle wraz z nadejściem nocy. Śpiąca w łóżku pociecha regularnie budziła ich swoim krzykiem Lucjusz aż nie mógł uwierzyć, że w „czymś” tak małym może być tyle siły do tak głośnego, uciążliwego krzyku. Cyzi jednak zdawało się to nie przeszkadzać. Wstawała dzielnie, karmiła małą, przewijała i ponownie usypiała bez cienie złości. Imponowała mu tym.
           Bella odebrała Amelię rano. Dziękowała Narcyzie, której wyraźnie ciężko było się rozstać z dzieckiem. Ten widok utwierdził Lucjusza w przekonaniu, że powinni mieć potomka. Wiedział, że Narcyza tego pragnie, ale z jakiegoś powodu mu o tym nie mówi...
           Siedział w bibliotece, usiłując ogarnąć sprawy związane z Ministerstwem Magii. Musiał sobie wszystko przypomnieć, wszystkiego się, w pewnym sensie, nauczyć na nowo. Nie było to zadanie łatwe, ale z jakiegoś powodu sprawiało mu nawet przyjemność. Był bardzo szanowaną osobą i cenił to sobie. Układy w końcu zawsze się przydają.
            Z pracy wyrwało go pukanie. Uniósł wzrok i zawołał „proszę”. Drzwi otworzyły się i do środka weszła Narcyza. Lucjusz odłożył pióro i odchylił się wygodnie na fotelu, patrząc, jak jego żona wolno i dumnie kroczy przez bibliotekę.
- Nie musisz pukać. - Odezwał się.
- Kiedyś nie lubiłeś, gdy tu siedziałeś, a ktoś wchodził, wcześniej nie zapukawszy. - Oznajmiła mu z uśmiechem.
- Teraz chyba mi to już nie przeszkadza. - Odparł, nie odrywając od niej wzroku.
- Musimy porozmawiać. - Oznajmiła nagle poważnym tonem.
- Chciałem zaproponować to samo, ale nie mogłem się zebrać. - Przyznał. - O czym więc chcesz ze mną rozmawiać?
- Chcę mieć dziecko. - Wyrzuciła z siebie prosto z mostu. Lucjusz poczuł się dziwnie. Jakby blondynka czytała w jego myślach.
- Hmm... - Mruknął cicho. Przyciągnął ją do siebie delikatnie. - Myślę, że da się „zrobić”. - Oznajmił, unosząc ją i sadzając na biurku.
- A ty o czym chciałeś rozmawiać? - Zapytała, wyraźnie szczęśliwa. Założyła mu ręce na szyję.
- Może wyda ci się to dziwne, ale dokładnie o tym samym. - Musnął jej wargi. - Teraz chyba już nie musimy o tym rozmawiać...
             Całował jej szyję, a ona odchylała głowę, wyginając wargi w uśmiechu pełnym zadowolenia. Poruszyła się, zrzucając z biurka jakąś teczkę, żadne z nich jednak nie zawracało sobie nią głowy. Lucjusz przyjął sobie właśnie za punkt honoru dać swej żonie dziecko i szczerze wątpił, by cokolwiek mogło go od tego odwieźć.
           Oboje starali się regularnie, przez cały miesiąc, by wreszcie spłodzić upragnionego potomka. Bellatrix natomiast coraz częściej „podrzucała” im swoją córkę. Cyzię trochę niepokoił ten fakt. Nie chodziło tu o to, że nie chcę zajmować się siostrzenicą. Lubiła to i zauważyła, że Lucjusz także nie ma nic przeciwko. Bała się raczej tego, że dziecko może się w pewnym momencie pogubić. Było jeszcze, co prawda bardzo mało, w końcu to dopiero trzeci miesiąc jego życia i zapewne niewiele rozumiało, jednak potrzebowało przecież matki. A to w końcu Bellatrix nią była. To ją mała Amelia znała najlepiej. Narcyza postanowiła, że porozmawia o tym z siostrą. Wykorzystała okazję, gdy Bella przyszła ją odwiedzić, tym razem bez dziecka.
- Chciałabym porozmawiać z tobą na temat Amelii. - Narcyza jakoś nie lubiła używać skrótu „Amelka”.
- Coś cię niepokoi? - Bella zmarszczyła brwi.
- Z małą wszystko w porządku, nie zauważyłam niczego niepokojącego. Tylko... - Zawahała się przez chwilę. - Boję się, że spędzasz z nią za mało czasu...
- Przecież poświęcam jej cały swój wolny czas. - Bellatrix trochę zirytowało stwierdzenie siostry.
- A nie sądzisz, że tego czasu jest trochę za mało? Ona cię potrzebuję, nikt nie zastąpi jej matki. - Cyzia starała się, by nie urazić siostry. Co jak co, ale o to akurat nie było trudno.
- Nie chcesz z nią zostawać? Lucjusz się denerwuję? Powiedz po prostu. Wynajmę jej opiekunkę. Miałam nawet taki zamiar, ale wolałam, żeby z małą był ktoś, komu ufam. Jednak nie ma sprawy, powiedz, jeśli nie chcesz z nią zostawać. - No i się zaczęło. Bella niby nie krzyczała ani nie wyglądała na obrażoną, ale Narcyza wiedziała, że przyjęła jej słowa jako atak bądź też wyrzut.
- To nie tak, Bella! Uwielbiam Amelię, cieszę się, gdy ją do mnie przynosisz, jest taka kochana! Lucjusz też ją lubi. Pomyślałam po prostu, że potrzebują trochę częstszego kontaktu z tobą i Rudolfem. - Starała się pospiesznie wszystko wytłumaczyć. - A co do opiekunki, to nawet o tym nie myśl. Naprawdę wierzysz, że pozwolę, aby moją siostrzenicą zajmowała się jakaś obca kobieta?
- Przepraszam. - Burknęła tamta. Dla Narcyzy fakt, że jej siostra umiała przeprosić za swoją pomyłkę był dużym postępem.
- Nie masz za co. Chcę tylko dla małej i dla ciebie jak najlepiej.
- Wiem, Cyziu.
- Nie lubisz z nią zostawać, co? - Spytała nagle.
- To trudne... Poza tym...
- Poza tym co? - Drążyła.
- Nie umiem odnaleźć się w roli matki. Nie czuję tego... - Bella wzruszyła ramionami.
- To dopiero początki. Zobaczysz, że wszystkiego się nauczysz. - Narcyza przysiadła na oparciu fotela swojej siostry i objęła ją. Brunetka nie opierała się za specjalnie. Z ulgą wtuliła się w młodszą kobietę.
- A ty i Lucjusz? - Spytała nagle. - Rozmawialiście już na ten temat?
- Chcemy mieć dziecko. - Przyznała powoli.
- Czyli mam się spodziewać, że w najbliższym czasie zostanę ciotką?
- Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem.
- Zuch dziewczynka. - Bella uśmiechnęła się, mierzwiąc bond włosy.

         Szykowała się grubsza akcja. Coś, co mogło zaważyć na losach całej grupy Śmierciożerców. Udział mieli wziąć niemal wszyscy. W tym także Lucjusz i Bella. Narcyza nie pisnęła nawet słówka. Sama przypomniała Belli, że ma przynieść do niej Amelię. Tak też się stało. Wszystko rozkręcić się miało popołudniu. Lucjusz pożegnał się ze zdenerwowaną Narcyzą, która najchętniej nigdzie by go nie wypuszczała. Nie miała jednak żadnego wyboru, podobnie zresztą, jak i on.
          Godzina mijała za godziną. Czas dłużył się niemiłosiernie, torturując Narcyzę swą powolnością. Amelia, jakby wyczuwała nerwową atmosferę, co chwila się budziła i popłakiwała. Narcyza również była już bliska płaczu.
21
22
23
24...
           Kiedy wreszcie wrócą? To pytanie nieustannie kołatało się w jej głowie. Około trzeciej usłyszała hałas w salonie. Zbiegła szybko po schodach i wpadła wprost na Lucjusza. Zarzuciła mu ręce na szyję. Więc tak miało wyglądać jej życie? Miała żyć w ciągłym strachu, wciąż rzucać się na niego, szczęśliwa, że wrócił żywy? Nie chciała tak. Spojrzała na jego twarz. Był zmartwiony. I zmęczony. Zmarszczyła z niepokojem czoło i nos.
- Jak poszło? - Spytała, trochę bojąc się odpowiedzi.
- Nie było źle, ale po części nie wyszło. - Przyznał z rezygnacją. - To głównie Bellatrix zawaliła.
- Bella zawaliła zadanie? - Uwierzyłaby w wiele rzeczy, ale nie w to, że jej siostra zepsuła wykonanie zadania dla Lorda Voldemorta.
- Niestety.
- Jak?
- Ledwo odpowiadała na jakiekolwiek zaklęcia. Omal nie dała się zdemaskować. I przy okazji nas wszystkich. Czarny Pan... Na pewno będzie wściekły.
           Był. Zwołał zebranie, które miało odbyć się następnego wieczoru w Dworze Malfoy'ów. Każde, większe spotkanie Śmierciożerców odbywały się tu, ewentualnie czasem w domu jej siostry. I tak, jak na każdym takim zebraniu miała pojawić się również Narcyza.
           Lucjusz leżał na jej ramieniu, a ona gładziła delikatnie, uspokajająco jego włosy. Martwiła się o niego, martwiła się tym, jak zareaguje Lord. Ciągle coś nie dawało jej spokoju, a gula strachu rosła nieustannie w jej gardle.

~*~
Kolejny rozdział skończony! Jak już wcześniej wspominałam, jeśli ktokolwiek to czyta, prosiłabym o choć najmniejszy znak w postaci komentarza, to naprawdę motywuje. A tymczasem dorzucam Wam jeden z moich ulubionych artów! :)






wtorek, 19 sierpnia 2014

Zazdrość. Rozdział V



          Obrazy, które znalazł zaciekawiły go. Zastanawiał się, czyje są. Jego? Narcyzy? A może jeszcze kogoś innego? Postanowił, że ją zapyta. Wziął dwa rysunki i wyszedł z pokoju. Skierował się w stronę schodów, a gdy z nich zszedł wyszedł z domu. Pogoda dziś dopisywała. Słońce świeciło lekko, gdzieś w górze ćwierkały ptaki, niebo było jasne i bezchmurne. Ruszył równą ścieżką, a drobny żwirek szeleścił mu pod nogami. Znalezienie żony nie zajęło mu długo, ale to, co zobaczył wzbudziło w nim złość. Nie, nie złość. Wściekłość, istną, szczerą wściekłość, jakiej chyba jeszcze nigdy nie czuł. Oto właśnie jego małżonka stała w towarzystwie tego parszywego Snape'a. Podszedł do nich nieco bliżej, tak cicho, że nawet go nie zauważyli. Schylił się za dość sporym krzewem i na pozór spokojnie ich obserwował.
- Severusie... Jestem ci naprawdę bardzo wdzięczna. - Usłyszał głos blondynki. - Nie wiem, jakbym sobie bez ciebie poradziła.
          Jego żona założyła ręce na szyję bruneta i przez chwilę trwali w uścisku. Gdy się od siebie odsuwali, ona musnęła lekko jego policzek ustami.
- Mówiłem ci już, żebyś dała spokój. Ty zrobiłabyś dla mnie dokładnie to samo. Zresztą, jestem pewny, że Lucjusz również.
- Och tak, zapewne! - Wysyczał, wychodząc zza drzewka i mierząc swego, podobno, przyjaciela wrogim, wściekłym wzrokiem. - To samo. Oprócz uwodzenia żony!
- Co ty bredzisz? - Tamten zmarszczył czoło.
- Co bredzę? - Warknął i zbliżył się do niego. Chwytając go za szaty wysyczał. - Nie kręć się już tak przy niej, dobrze? Nie chcę cię tu więcej widzieć!
- Lucjusz! - Narcyza usiłowała odciągnąć go od Sev'a, blondyn jednak odepchnął ją tak mocno, że z trudem utrzymała się na nogach.
           Ten widok jakby dodał siły zaskoczonemu Snape'owi. Jednym, silnym ruchem zmienił ich pozycję i teraz siedział na Lucjuszu, przygwożdżając do ziemi i leciutko go przyduszając. Udało mu się wyciągnąć różdżkę i przyłożyć mężczyźnie do szyi.
- Severus, proszę cię! - Narcyza przyklęknęła przy leżących i miotających się mężczyznach, próbując odwieść Sev'a od pomysłu na zabicie jej męża. - Odpuść...
          Mężczyzna posłuchał jej prośby i wstał, wciąż jednak trzymał różdżkę w gotowości, uważnie obserwując Malfoy'a. Był zły, czego ani trochę nie ukrywał.
- Pójdę już... Gdybyś czegoś potrzebowała, Narcyzo, wiesz gdzie mnie szukać. - Posłał jej nikły uśmiech.
- Przepraszam, Sev... - Jęknęła.
- W porządku. - Kiwnął głową i zniknął.
          Zawrzała w niej wściekłość. Spojrzała na Lucjusza z wyrzutem. Jak on mógł się tak zachować?! Zacisnęła pięści tak mocno, aż czuła, jak paznokcie wbijają się jej w dłonie. Nie mówiąc nic, deportowała się z głośnym pyknięciem do salonu. Kilka sekund później blondyn stał obok niej.
- Co to miało być? - Wyrzuciła z siebie z oburzeniem. - Jak ty się zachowałeś? Rzuciłeś się na Severusa z pięściami, jak jakiś niezrównoważony mugol!
- A co? Może miałem spokojnie patrzeć, jak próbuje cię podrywać? Obcy facet obmacuję moją własną żonę w moim własny ogrodzie, a ja mam się temu spokojnie przyglądać?!
- Co ty wygadujesz?! Jaki obcy facet, jakie obmacuje?!
- A co to niby było?
- Sev to nasz PRZYJACIEL! Pomógł nam, nawet sobie nie wyobrażasz jak! Och, czy ty zawsze musisz być takim cholernym egoistą?! - Krzyczała.
- Egoistą?! Sypiałaś z nim już wcześniej? No przyznaj się! - Podszedł do niej. Nerwy Narcyzy ostatecznie puściły. Zamachnęła się i wymierzyła mężowi siarczysty policzek.
- Jesteś bezczelny! Co ty sobie niby wyobrażasz? Przypominam ci, że jestem twoją żoną, a nie jakąś tam głupią dziewuchą. Więc licz się z tym, co do mnie mówisz, bo wymagam od ciebie szacunku! JA MIAŁABYM ZDRADZAĆ CIEBIE? NO TAK, SKĄD MOŻESZ WIEDZIEĆ, CO ROBIŁAM NOCAMI, SKORO NIGDY CIĘ NIE BYŁO?! GDZIE WTEDY BYŁEŚ, CO? KIEDY NA CIEBIE CZEKAŁAM, SAMA W PUSTYM DOMU I ZASTANAWIAŁAM SIĘ CZY NIC CI SIĘ NIE STAŁO?! Z ILOMA TY SYPIAŁEŚ?!
- Doskonale wiesz, że nie mogę się teraz bronić. Niby jak, skoro nic nie pamiętam?
- No tak, zapomniałam, że najlepiej jest nic nie pamiętać. - Prychnęła i wyszła z pokoju.
- Narcyzo, wracaj! - Krzyknął za nią, ale ta nawet się nie odwróciła, jakby zupełnie tego nie słyszała.  Jego Ładna, Smutna Pani teraz zmieniła się w Ładną, Smutną i Wściekłą Panią.
          Miała zamiar pójść na górę, ale powstrzymał ją od tego dzwonek do drzwi. Podeszła więc i otworzyła je. Stanęła przed nią jej starsza siostra, Bellatrix. Nie wybrała najlepszego momentu na odwiedziny, jednak Narcyza nie miała zamiaru jej o tym informować. Zamiast tego uśmiechnęła się lekko, choć w środku cała trzęsła się z nerwów.
- Bella! Przecież mówiłam ci, że nie musisz dzwonić! - Uściskała siostrę. - Wejdź.
- Wiem, wiem, pamiętam... - Mruknęła, wchodząc do środka. - Ale wiesz... Pomyślałam, że może teraz... Przypominałaś Lucjuszowi kim jesteście i mogłabym was zastać w niezbyt komfortowej sytuacji...
- Och, przypomniałam mu doskonale, kim jesteśmy. Ogromną awanturą. Minuta wcześniej i zdążyłabyś na całe widowisko.
           Zaprowadziła siostrę do salonu, z którego Lucjusz gdzieś zniknął. Jakoś niezbyt interesowało Cyzię gdzie jest. Nakazała skrzatowi domowemu przynieść dla Belli ziołowej herbaty, a dla niej czarną, mocną kawę, a do tego jakieś ciasto. Usiadły na fotelach przy stoliku.
- No więc? O co wam poszło? Mów. - Zaczęła Bellatrix, wyraźnie ciekawa o cóż to pokłóciło się tym razem małżeństwo Malfoy'ów.
- Prawie pobił Severusa i zarzucił mi, że z nim sypiam. - Oznajmiła ironicznie.
- Ty? Ze Snape'm? Ahahahahaha... - Brunetka wybuchła szczerym, niekontrolowanym śmiechem. - Ty i seks z kimkolwiek oprócz Malfoy'a? Wybacz, Cyziu, ale w życiu w to nie uwierzę. Zbyt dobrze cię znam.
- Wytłumacz to Lucjuszowi. - Prychnęła.
- A skąd u niego ta nagła zazdrość i agresja? Zastał was w jakiejś dziwnej sytuacji?
- Rozmawiałam z Sev'em. Chciałam mu podziękować za pomoc, przytuliliśmy się, a ten nagle wyskoczył zza jakiegoś cholernego krzaka i rzucił się na Severusa, krzycząc coś o tym, że nigdy nie uwodziłby mu żony.
- Przyznaj, że to może być trochę dziwne...
- Niby co? - Obruszyła się pani Malfoy.
- Snape tak chętnie ci pomaga, spędza tu dużo czasu...
- Nie zaczynaj, dobrze?!
- Ale przecież ja nic nie sugeruję. - Bellatrix wygięła usta w złośliwym uśmieszku.
- Bredzisz! Powiedz lepiej, jak się czujesz? Z dzieckiem wszystko w porządku?
- Tak, byłam niedawno u uzdrowiciela... Wszystko gra. - Uśmiech zdecydowanie jej zbladł.
- Boisz się?
- Nie... Nie wiem. - Wzruszyła ramionami. - Dziwne uczucie... Jakoś nie potrafię się cieszyć...
- Ucieszysz się, gdy je zobaczysz. Będziesz najszczęśliwszą kobietą na świecie!
- Jak to w ogóle możliwe, że nie masz jeszcze dziecka, co Narcyzo?
- Tak wyszło. Jakoś nigdy o tym z Lucjuszem nie rozmawialiśmy, nie czuliśmy potrzeby, by je mieć.
- A teraz? - Bella drążyła temat. - Nie chcesz? Dalej nie czujesz potrzeby?
- Sama nie wiem...
- A może chcesz, tylko niekoniecznie z Lucjuszem?
- Przestań! Jeżeli będę miała kiedyś dziecko, to tylko z nim, to chyba oczywiste. Po prostu... - Urwała. Nigdy wcześniej o tym nie myślała.
- No dobrze, dobrze, nie tłumacz się. - Bella posłała jej uśmiech.

          Gdy Bellatrix wyszła, Narcyza zaczęła się zastanawiać się, gdzie jest Lucjusz. Nie miała jednak zamiaru go szukać, o nie! Usiadła spokojnie w salonie i zaczęła czytać książkę. W końcu sam przyszedł. Stanął przed nią i przez długą chwilę w ogóle się nie odzywał, licząc najwyraźniej na to, że żona jako pierwsza zwróci na niego uwagę. Tak się jednak nie stało, wreszcie więc, zrezygnowany chrząknął.
- Emm... Narcyzo? - Odezwał się. Uniosła wzrok. - Chciałem... Chciałem cię przeprosić.
- Wzruszające. - Mruknęła z ironią.
- Przestań! - Zdenerwował się i wyrwał jej książkę z ręki. - Naprawdę cię przepraszam! Przesadziłem, wiem o tym. Ale... Kiedy go zobaczyłem... Wydawało mi się, że za często tu przychodzi, zbyt dużo czasu razem spędzacie...
- Wcześniej też tak przychodził. - Jej ton głosu wciąż był oschły.
- Wiem... Dużo myślałem i przypomniałem sobie kilka rzeczy.
- Siadaj. - Ożywiła się nieco i zrobiła mu miejsce. - Co dokładnie?
- Przyjaźń z Severusem. Niecałkowicie, ale wiem, że nigdy nic nie mogłoby was łączyć, że zawsze był lojalny. No i... Przypomniałem sobie, że pomagał mi i wspierał, kiedy....
- Kiedy co?
- Kiedy miałem z tobą małe problemy... Między innymi oskarżałaś mnie wtedy o liczne zdrady i próbę morderstwa...
- Przeprosisz go. - Zażądała nagle, stanowczo.
- Noo... Dobra. Ale pójdziesz ze mną.
- Oczywiście, nie dam wam się pozabijać.
          Lucjusz objął żonę i pocałował w skroń. Każdego dnia przypominał sobie jakieś szczegóły z dawnego życia. Udało mu się nawet odtworzyć w pamięci ich ślub. Napawało go to szczęściem.

           Na drugi dzień, tak jak wcześniej obiecał żonie, razem deportowali się przed mieszkanie Severusa. Okolica, typowo mugolska, była ponura i nieprzyjemna. W powietrzu unosił się odór zgnilizny. Całość wprawiała człowieka w pewna obrzydzenie. Sev otworzył im po dość długiej chwili. Nie ukrywał zdziwienia, wywołanego ich widokiem. Wpuścił ich jednak do środka. Mieszkanie Snape'a nie było tak obskurne, jak okolica, w której się znajdowało. Salon wypełniały półki z książkami, niewielka komoda, drewniany stolik, brązowa kanapa i dwa fotele. Gospodarz usadowił swoich gości na kanapie, przyniósł trzy kieliszki i butelkę wina, które rozlał po równo i podał im.
- Co was do mnie sprowadza? - Spytał, sadowiąc się w fotelu i upijając łyk czerwonego trunku. - Nie boisz się Lucjuszu, że uwiodę ci żonę?
- Nie kpij, Severusie, proszę. - Mruknął. - Przyszedłem... Aby cię przeprosić.
- Bo Narcyza ci kazała? - Tamten uniósł brew. Nie miał żalu, ale podobało mu się droczenie z przyjacielem.
- Nie. Nie chcę tracić przyjaciela.
- Który chcę ci uwieść żonę?
- Severus! - Lucjuszowi puściły nerwy. - Przyjmujesz te cholerne przeprosiny, czy mam cię zabić?!
- Nic się nie zmieniłeś... - Sev zaśmiał się cicho. - Przyjmuję, znaj moją łaskę.
- No, wreszcie. - Jęknął blondyn.
- Ale mam mniej wesołą wiadomość... - Dodał Snape. - Zbliża się kolejne spotkanie Śmierciożerców. Z tego, co wiem, Czarny Pan chcę cię na nim widzieć. Jesteś na to gotowy, Lucjuszu?
- Tak... Tak mi się wydaję.
- Będziemy musieli omówić jeszcze kilka kwestii. Jak wiesz, gdy w grę wchodzi Lord, wszelkie żarty się kończą, niezależnie od tego, ile pamiętasz...
- Wiem o tym. - Poważny ton Lucjusza potwierdzał jego słowa.
            Narcyzę ogarnął strach. Znowu ma go oddać? Nie chciała tego. Odruchowo ścisnęła rękę siedzącego obok niej męża. Spokojnie, Narcyzo, spokojnie... On wciąż tu jest, siedzi obok ciebie, widzisz? Nie oddawaj się panice, to jeszcze nie czas, nie to miejsce... Nie przy Lucjuszu i Severusie.
- Dobrze się czujesz, Cyziu? - Głos Severusa wyrwał ją z zamyślenia. - Zbladłaś nagle...
- T... Tak. W porządku. - Wydukała. No widzisz? Uspokój się, bo już coś dostrzegają!
- Wracajmy do domu... Wolałbym, żebyś się położyła. Albo najlepiej, by zobaczył cię uzdrowiciel. - Oznajmił Lucjusz.
- Nie przesadzaj, nic mi nie jest! - Skarciła go.
- Lucjusz ma rację. Wróćcie do domu, połóż się, odpocznij...
          Wrócili więc. Narcyza położyła się w sypialni, a Lucjusz przyniósł jej herbatę. Nie dodał, że skruszył do niej lekarstwo, które kiedyś przepisał Narcyzie medyk z poleceniem, by podawać je jej, gdy zaczyna wpadać w panikę lub nagły strach. Przypomniał sobie o tym niedawno. Kobieta wypiła napój. Niedługo później ogarnęła ją senność. Gdy w końcu całkowicie się jej poddała, Lucjusz okrył ją kołdrą i jeszcze przez jakiś czas przy niej czuwał. Potem wyszedł cicho z pokoju.






















poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Utracona pamięć. Rozdział IV

      Witam i powracam z kolejnym rozdziałem! Mam wrażenie, że i tak nikt tego nie czyta, a wytrwałość to nie jest moja mocna strona, ale próbuję, może znajdzie się ktoś, kto zainteresuje się tym na tyle, by napisać swoją opinię... Miłej lektury! :)



 ~*~

            Minęły dwa tygodnie, a Lucjusz wciąż nie odzyskał przytomności. Uzdrowiciel oznajmił Narcyzie, że ma dość poważne obrażenie głowy. Nie mogą dla niego już nic więcej zrobić. Nie wiedzą, czy się wybudzi i kiedy to się stanie. Nie mają również pojęcia, jak będzie się zachowywał. Zdawała sobie z tego sprawę, choć tak naprawdę wolałaby nie wiedzieć.
- Może pani zabrać męża do domu lub zostawić go u nas. Jeśli zdecyduje się pani, by go zabrać, będą potrzebne stałe kontrole uzdrowiciela. - Poinformował ją medyk.
- Zabiorę go. - Odpowiedziała zdecydowanym tonem. - Jeśli to możliwe, to jeszcze dzisiaj.
- Oczywiście. W takim razie pójdę wypisać niezbędne formalności.
- Narcyzo... - Gdy lekarz odszedł, Severus spojrzał na żonę swego przyjaciela z niepokojem. - Jesteś tego pewna? Lucjusz wymaga teraz stałej opieki, a ty... Chyba nie jesteś w najlepszym stanie...
- Nie zostawię go tu, skoro może być w domu. Ze mną. - Za wszelką cenę chciała mieć go blisko siebie.
- Musisz też myśleć trochę o sobie... Wybacz moją uwagę, ale boję się po prostu, że... - Ton jego głosu był niepewny, wręcz smutny. - Że w pewnym momencie zupełnie się załamiesz.
- Sev... Nie chcę ciągle przychodzić do szpitala. Patrzeć na te cholerne, sterylnie białe ściany i błagać, żeby on w końcu otworzył oczy. Chcę go mieć cały czas, w domu. W spokoju przy nim siedzieć. - Czuła, jak oczy wypełniają jej się piekącymi łzami.
- Cyzia... - Mężczyzna przyciągnął ją do siebie, a ona nie protestowała i chętnie się w niego wtuliła. Czuła się taka samotna, tak bardzo jej tego brakowało... - Pomogę ci. Będę do was regularnie przychodził...
- Dziękuję, Sev. Za to, że przy mnie jesteś.
- W końcu na tym polega przyjaźń, prawda?

            Lucjusz zajął teraz ich wspólną sypialnie, a na ten czas Narcyza przeniosła się do innego, mniejszego pokoju. Siedziała przy jego łóżku niemal całymi dniami. Trzymając go za rękę lub gładząc jego policzek, płakała. Cały jej świat trwał w zawieszeniu. Stan jej męża pozostawał bez zmian. Mógł się albo pogorszyć, albo polepszyć. Wciąż żyła w niepokoju, nie wiedziała, czy miłość jej życia przeżyje, czy odejdzie od niej na zawsze. Doszło już nawet do tego, że prawie nie wychodziła z ich sypialni. Zasypiała na fotelu, stojącym obok jego łóżka, budziła się i tak cykl ten się powtarzał.
           Tego dnia źle się czuła. Od spania w niewygodnej pozycji wszystko ją już bolało, nie wspominając o tym, że wcale się nie wysypiała. Szybko się jednak ożywiła, gdy dostrzegła, że jej mąż się poruszył, a chwilę później otworzył oczy.
- Lucjusz... Skarbie... - Wyszeptała, pochylając się nad nim. - Słyszysz mnie?
            Nic jednak nie odpowiedział. Zamrugał kilkakrotnie oczami, jakby duchem był zupełnie w innym miejscu. Narcyza sprowadziła więc uzdrowiciela. Ten zbadał go i zwrócił się do pani Malfoy.
- Pani mąż ma kontakt ze światem zewnętrznym, jednak występują u niego problemy z reakcją. Nie wiem, czy wróci kiedykolwiek do normalnej sprawności i będzie w stanie mówić, jednak myślę, że są na to duże szanse. Proszę z nim rozmawiać, opowiadać mu... Wysoce prawdopodobne, że nie pamięta kim pani jest. Proszę zachować cierpliwość przede wszystkim.
- Oczywiście, dziękuję bardzo...
            Jednak Lucjusz wciąż dużo spał i rzadko podnosił powieki. Była na skraju wytrzymania, nie wiedziała, czy to wszystko ma jakikolwiek sens, czy jej mąż w ogóle kiedykolwiek wróci do normalności. Severus przychodził prawie każdego dnia. Rozmawiali, a on usiłował jakoś ją od tego wszystkiego odciągnąć, co nie przychodziło mu z łatwością.
            Mimo wszystko stosowała się do rad uzdrowiciela. Codziennie spędzała przy łóżku męża mnóstwo czasu. Opowiadała mu o ich życiu, o tym jacy kiedyś byli szczęśliwi. Miała wrażenie, że on doskonale wie, o czym mów, choć nie wiedziała, czy jest tak faktycznie, czy tylko to sobie wmawia, by podnieść samą siebie na duchu. Minął kolejny tydzień. Wreszcie naszedł dzień, który wprawił Narcyzę w wielką euforię...
           Było już dość późno. Znowu przysypiała na fotelu, w tej samej, niewygodnej pozycji. Nie chciała jednak zostawiać go ani na chwilę. W pewnym momencie stało się coś, co momentalnie ją rozbudziło.
- N... Narcyza... - Wypowiedział, a wręcz wycharczał cicho. Uniosła szybko wzrok, nie wiedząc, czy się nie przesłyszała. - Dobrze... Zapamiętałem?
- T... Tak. Coś się stało, Lucjuszu? - Pochyliła się nad nim i musnęła opuszkami palców jego policzek.
- Niee... Ja... Po prostu... - Jąkał się coraz bardziej. - Nic nie wiem...
- Spokojnie... Miałeś wypadek, możesz mieć małe problemy z pamięcią, ale to wszystko wróci...
- Wiem... Naprawdę... Jesteś moją...
- Żoną? - Dokończyła za niego. Kiwnął jedynie głową na potwierdzenie. - Tak, kochanie. Przypomnisz sobie, na pewno.
           Choć ona nie miała o tym pojęcia, Lucjusz czasem otwierał oczy, by na nią popatrzeć. Zazwyczaj robił to, gdy zasypiała. Nie miał pojęcia, kim kobieta jest. Była ładna i smutna, dlatego nazywał ją w myślach Smutną, Ładną Panią. Nie miał pojęcia, czy jej opowieści są prawdziwe i faktycznie są małżeństwem... Czy dobrze rozumiał, co to słowo oznaczało? Czasem jednak czuł się dziwnie, gdy przychodził tu ten brunet, pocieszał Smutną Panią, a czasem nawet ją przytulał...           
           Mijały kolejne dni. Razem z Severusem dzielnie starali się przypomnieć Lucjuszowi kim jest. Było to ciężkie zadanie. Mężczyzna, kiedyś tak silny i władczy, teraz natomiast przypominający bardziej dziecko we mgle, miał problemy z zapamiętywaniem słów i pewnych faktów. Doskonale na przykład pamiętał imię swojej żony, ale nie mógł przyjąć do siebie faktu, że byli małżeństwem. Zaczął wychodzić z sypialni, a Narcyza oprowadzała go po domu. Pewne szczegóły nawet sam sobie przypominał. Dużo czasu spędzali razem w salonie. Lucjusz siadał w fotelu, naprzeciwko kominka, a Narcyza przysiadała obok na poręczy. Opierała się wtedy policzkiem o czubek jego głowy i paznokciami delikatnie przesuwała po jego szyi. On natomiast często kładł rękę na jej kolanach. Z czasem zaczął czuć się zupełnie pewnie w jej towarzystwie, nie odsuwał się, gdy jej usta gdzieś go muskały. Musiał przyznać, że było to nawet całkiem przyjemne.
           Najgorsze w tym wszystkim było chyba to, że Lucjusz nie pamiętał o Śmierciożercach. Nie mógł uświadomić sobie, że kiedyś służył Czarnemu Panu, nie wiedział, jak bezwzględnym i złym jest on człowiekiem i co jest zdolny zrobić. Severusa przerażało to i nie miał pojęcia, jak wyjaśnić wszystko przyjacielowi tak, by zrozumiał. Widział, że Cyzia nie do końca jest świadoma, do czego może doprowadzić ta niewiedza, nie chciał jednak jej o tym wspominać i tak wystarczająco się już martwiła. Czarny Pan jednak nalegał na spotkanie z Lucjuszem. Był zły, że nie skończyli zadania i niewiele obchodziło go, że jeden z jego najwierniejszych sług ledwo uszedł z życiem. Sev nie miał wyboru, musiał porozmawiać z Narcyzą.
         Wyszli razem do ogrodu, zostawiając Lucjusza, który zafascynował się jakąś książką w salonie. Mężczyzna widział, że jego przyjaciółka jest szczęśliwa, że cieszy się, bo odzyskała męża. Tak bardzo nie chciał tego psuć... Wziął głębszy oddech, szykując się na widok jej nagle powiększonych ze strachu i zdziwienia niebieskich oczu.
- Mamy mały problem. - Już na wstępie kłamie, no pięknie. Problem wcale nie był mały. - Chodzi o Czarnego Pana. Jest zły, że nie załatwiliśmy zadania i chce się widzieć z Lucjuszem. Tak szybko, jak to możliwe.
 - Ale przecież... On niczego nie pamięta, jest chory. - Narcyza wpatrywała się w niego wzrokiem, który doskonale znał i którego wolałby nie widzieć, dlatego też odwrócił spojrzenie.
 - Cyziu... - Mówił tak spokojnie, jak tylko potrafił. - Przecież wiesz doskonale, że On tego nie zrozumie. Uzna, że Lucjusz blefuje, by uniknąć kary, a oboje zdajemy sobie sprawę, jak na to zareaguje. Musimy zrobić coś, by odzyskał choć pewną część swojej pamięci.
- Jak? - Szepnęła, a w oczach zaszkliły się jej łzy. - Jak mamy nagle zmusić Lucjusza, by wszystko sobie przypomniał? Severusie, przecież on się dziwi, kiedy widzi różdżkę, zachwyca się najprostszym zaklęciem, każdą, zwyczajną rzeczą... Jak chcesz sprawić, żeby nagle wrócił do dawnego stanu?
- Tego nie wiem. - Przyznał, choć zrobił to bardzo, bardzo niechętnie. - Mamy około tygodnia. Musimy mu przede wszystkim uświadomić kim jest Czarny Pan i jak trzeba się w jego towarzystwie zachowywać. Będziemy z nim ćwiczyć do upadłego, tak długo, jak tylko zdołamy. Damy sobie radę, Cyziu.
           Wrócili do salonu, a Lucjusz zmierzył ich podejrzliwym spojrzeniem. Zmrużył oczy, wpatrując się w Severusa niechętnie, a potem przeniósł wzrok na Narcyzę, do której uśmiechnął się lekko. Odwzajemniła uśmiech, podeszła do fotela, na którym siedział i przysiadła, jak to miała już w zwyczaju, na oparciu obok niego.
- Lucjuszu... - Zaczęła cicho, starając się powstrzymać drżenie głosu. - Mamy drobny problem. Mówiłam ci już wcześniej, że jesteś Śmierciożercą...
 - Pamiętasz, kim są Śmierciożercy? - Wtrącił Severus.
- Tak, pamiętam. To słudzy Czarnego Pana. - Syknął.
- Dobrze... Chodzi o to, żebyś jak najwięcej przypominał sobie sam. - Oznajmił brunet, siadając na fotelu. - A teraz powiedz mi, kim jest Czarny Pan?
- To najpotężniejszy czarnoksiężnik naszych czasów. - Oznajmił oschle Lucjusz, a Cyzia dostrzegła, że zaciska pięści. Denerwował się... Przyłożyła policzek do jego miękkich, jasnych włosów.
- Nie denerwuj się. - Powiedziała spokojnie.
- Czarny Pan jest też bardzo nerwowy i zdolny do najgorszych rzeczy, o których nawet ci się nie śniło. Łatwo go wyprowadzić z równowagi, co może doprowadzić nawet do tego, że cię zabije. W najlepszym wypadku, jeśli okaże łaskę, zrobi to od razu. Ale to rzadko się zdarza. - Mówił dalej Snape. - Teraz jest zły na nas, bo nie spełniliśmy zadania, które nam powierzył. A szczególnie zirytował się na ciebie, bo uważa, że oszukujesz, wszystko doskonale pamiętasz, ale wolisz udawać, by uniknąć kary. Ja i Narcyza wiemy, że tak nie jest, ale w tej sytuacji niewiele ma to do rzeczy, bo coraz więcej Śmierciożerców zaczyna tak sądzić. Dlatego musisz z nami współpracować i słuchać nas, tego, co ci mówimy, żebyś podczas spotkania z Czarnym Panem wiedział, jak się zachować, bo nawet najmniejsza gafa może spowodować, że nie wyjdziesz stamtąd żywy.
- Więc co mam robić? - Ton jego głosu był tak zimny, że Narcyzie przypomniał się jej dawny mąż. To trochę podniosło ją na duchu, choć nie podobało się jej, że zwraca się tak do Severusa.
- Przede wszystkim nie możesz mówić takim tonem. - Wyręczyła przyjaciela w odpowiedzi. - Musisz być posłuszny, okazać szacunek i potulność. Zarówno słowami, jak i gestami. Jak powiedział ci przed chwilą Sev, Czarnego Pana łatwo zdenerwować.
- Przede wszystkim nie waż się powiedzieć do niego inaczej, niż Panie. I nie możesz mu się sprzeciwiać. - Dodał Severus. - Przećwiczmy to... - Podniósł się z fotela i spojrzał wyczekująco na przyjaciela. - No, dalej, Lucjusz, wstawaj.
          Malfoy podniósł się niechętnie i stanął naprzeciwko bruneta. Narcyza obserwowała ich uważnie, zainteresowana całą sytuacją. Zastanawiała się, co wymyślił Sev i jak na to zareaguje jej mąż...
- A teraz wyobraź sobie, że Czarny Pan to ja. - Nakazał młody mężczyzna, prostując się dumnie. Blondynka przechyliła głowę. - Pierwsze, co musisz zrobić, gdy pojawi się w twojej obecności, to ukłonić się, nisko i z szacunkiem. No, dalej... Ukłoń się.
- Przed tobą? - Lucjusz skrzywił się z niesmakiem.
- Owszem. - Odparł chłodno Snape. Lucjusz niechętnie skłonił się, ale nie tak, jak powinien.  Bardziej przypominało to przypadkowe dygnięcie głowy. Severus wyglądał na wściekłego. - Jeśli tak pokłonisz się Czarnemu Panu, to możesz od razy wypić eliksir śmierci!
- Spokojnie, Sev. - Narcyza stanęła pospiesznie między nim, a blondynem. - Usiądź, będziesz mówił, co Lucjusz ma robić... Wyobraźcie sobie, że Czarny Pan, to... Ja.
          Severus zajął więc miejsce, krzywiąc się nieznacznie. Ona natomiast była nieco rozbawiona całą tą sytuacją. Wlepiła wzrok w męża, unosząc głowę dumnie i próbując zachować powagę. Widziała jednak, jak na nią patrzy, co znacznie utrudniało całe zadanie... Mimowolnie na jej twarzy pojawił się leciutki uśmieszek.
- Więc może teraz łaskawie się pokłonisz? - Warknął Severus, a Lucjusz zrobił to. Był to głęboki, godny podziwu ukłon, jednak ich towarzysz wydawał się niezbyt zadowolony. - Nie tak. Nie możesz na niego patrzeć, nie możesz się uśmiechać, a w twoich oczach nie może kryć się takie zadowolenie i entuzjazm. Musisz wlepić wzrok w podłogę, pokazując tym samym swoje oddanie i swój dystans.
          Patrzeć w podłogę... - myślał z pogardą Lucjusz. - Łatwo mu mówić, bo może patrzeć na nią cały czas... Ładna Pani rozpraszała go, nie mógł oderwać od niej wzroku... Nie chciał. Sama jej obecność sprawiała, że przepełniał go przyjemny entuzjazm, a gdy widział, jak usiłuje zachować powagę i mimo to na jej twarzy pojawia się lekki uśmiech, już zupełnie nie mógł na nią nie patrzeć. Była taka piękna, gdy się uśmiechała...
- Jeszcze raz. - Głos Severusa natomiast sprowadzał go brutalnie na ziemię. - Głęboki ukłon, pełna powaga, oddanie szacunku i wzrok wbity w ziemię. Żadnych oznak pewności, czy arogancji...
          Próbował, ale niezbyt mu to wychodziło. Ukłony albo były niezgrabne, albo zbyt pewne. Uśmiechał się przy nich, patrzył na Cyzię i wydawał się rozproszony. W końcu jednak udało się, potem drugi i trzeci raz... Lucjusz opanował technikę pokłonów. Pierwszy punkt przygotowań za nimi... Narcyza spojrzała na duży, ścienny zegar. Ćwiczyli to ponad dwie godziny. Ale to nie miało znaczenia, mogłaby ćwiczyć same ukłony przez następny dzień, jeśli to miało pomóc.
- W porządku. - Sev pokiwał głową. - Musisz pamiętać, by nie odezwać się pierwszy... Choćbyście mieli milczeć przez kilka godzin, to On ma zacząć rozmowę, On musi odezwać się pierwszy. Nie wiem, o czym będziecie rozmawiać, ale nie przerywaj mu, nie wchodź w słowo, nie zmieniaj tematu. Odpowiadaj z powagą i szacunkiem, a i strach nie zaszkodzi. Jeśli to tylko będzie możliwe, mów "tak, Panie" lub "nie, Panie". Tak będzie bezpieczniej, nie powiesz niczego, co mogłoby zaszkodzić. Ale pamiętaj, że niewolno ci się mu sprzeciwiać. Nigdy! A teraz powtórz, jak masz odpowiadać na Jego pytania, jeśli akurat nie będzie wymagało ono dłuższej wypowiedzi?
- Tak albo nie Panie. - Mruknął Lucjusz, obojętnym tonem, co doprowadziło Severusa do istnego szału. Zerwał się z fotela, podszedł do przyjaciela i chwycił go za skraj szaty.
- OBUDŹ SIĘ, MALFOY! JESZCZE W TYM TYGODNIU MASZ SIĘ SPOTKAĆ Z NAJPOTĘŻNIEJSZYM CZARNOKSIĘŻNIKIEM, KTÓRY JEST NA CIEBIE WŚCIEKŁY I KAŻDY TWÓJ NAJDROBNIEJSZY BŁĄD MOŻE SPRAWIĆ, ŻE POŻEGNASZ SIĘ Z ŻYCIEM. ALBO CO GORSZE Z NARCYZĄ! BO ON JEST DO TEGO ZDOLNY, CHOĆ TY NIE MASZ O TYM POJĘCIA! JEŚLI BARDZO GO ZDENERWUJESZ, TO ZABIJE JĄ, A TOBIE KAŻE ŻYĆ SAMOTNIE ZE ŚWIADOMOŚCIĄ, ŻE TO WSZYSTKO TWOJA WINA! WIĘC ALBO DOSTOSUJESZ SIĘ DO MOICH WYMAGAŃ I ZACZNIESZ ROBIĆ TO, CO CI KAŻE, ALBO ZRÓB TO, CO POLECIŁEM CI WCZEŚNIEJ! - Zaczął krzyczeć z wściekłość. Narcyza natychmiast spoważniała i chwyciła przyjaciela za ramię.
- Severusie dość. - Oznajmiła stanowczym, ale spokojnym tonem. -  Wystarczy na dziś, jeśli będziesz tak dobry, przyjdź jutro rano. Porozmawiam z Lucjuszem, nauczysz go wszystkiego i gdy przyjdzie pora, spotka się z Czarnym Panem i zrobi to tak, jak trzeba...
- Obyś miała rację, Narcyzo. - Spojrzał na nią oczyma, w których płonął ogień wściekłości, po czym odsunął się od drugiego mężczyzny i zniknął.
- Nie chcę, żeby tu przychodził. - Lucjusz skrzywił się.
- To nasz przyjaciel. Jest nam potrzebny, pomoże ci, nauczy cię na nowo tych wszystkich rytuałów Śmierciożerców, których ja nie jestem w stanie ci przekazać.
          Kiedy Narcyza położyła się, on zamknął się w sypialni, w której ustawił sobie lustro. Stanął przed nim, ćwiczył ukłony i powtarzał na przemian "tak, Panie" i "nie, Panie".  Próbował też wyobrazić sobie, jak wygląda ten cały Czarny Pan, poczuć przed nim jakiś strach czy choćby odrobinę podziwu, jednak nic z tego nie wychodziło. Nie potrafił, nie mógł... Pomyślał o jego Ładnej, Smutnej Pani, która przez większość dzisiejszego dnia była Ładną, Wesołą Panią. Zawiedzie ją, jeśli się tego wszystkiego nie nauczy i znowu będzie smutna. A tego nie chciał, nie mógł na to pozwolić...
          Obudził się wcześnie i zszedł do salonu, by tam poczekać na Narcyzę. Gdy jednak wszedł, ona już siedziała w fotelu. Uniosła głowę i uśmiechnęła się do niego delikatnie, a on od razu to odwzajemnił. Usiadł obok niej na kanapie, a ona nie odrywała od niego wzroku. Lucjusz wciąż nie do końca wiedział kim tak naprawdę jest i skąd się wziął. Problemy z własną tożsamością nie pozwalały mu skupić się na sprawie Czarnego Pana. Poprosił ją więc, by coś mu opowiedziała.
- Urodziłeś się 25 stycznia 1954 roku. Twoim ojcem jest Abraxas Malfoy. - Tu zamilkła, by pokazać mu zdjęcie. - A to twoja matka, Caroline Malfoy. Abraxas zmarł rok temu na smoczą ospę, Caroline zmarła rok wcześniej. Nie masz rodzeństwa.
- A ty? Opowiedz coś o sobie, o swojej rodzinie...
- Jak wiesz, mam na imię Narcyza. Zanim przyjęłam twoje nazwisko, nazywałam się Black. Urodziłam się w...
- Listopadzie. - Przerwał jej nagle.
- Tak! - Jej twarz rozjaśnił uśmiech. - A konkretnie 18 listopada 1955 roku. Moi rodzice natomiast, to Cygnus i Druella Black. Mam dwie siostry... Oficjalnie jedną. Bellatrix Lestrange, jest ode mnie starsza o cztery lata. Moja siostra, Andromeda, zdradziła ród, wychodząc za szlamę. Szlama to mugol, który ma pewne zdolności magiczne. Mugol z kolei, to człowiek poza magiczny. Ród zdradził także mój kuzyn, Syriusz.
- To dziwne uczucie... Nie pamiętać tego wszystkiego. - Stwierdził nagle, a w jego oczach przez chwilę zalśnił smutek.
- Przypomnisz sobie, jestem tego pewna... - Posłała mu kolejny uśmiech.
          Mimo niewielkich sukcesów w przywracaniu pamięci, wciąż zajmowali osobne sypialnie. Oboje uznali, że było by to dla nich nieco niekomfortowe. Szczególnie dla niego, w końcu w pewnym sensie przez utratę pamięci Narcyza stała się dla niego obca. Severus był ich częstym gościem, starał się jak tylko potrafił, by odciążyć Narcyzę z większość jej obowiązków. Lucjusz jednak niezbyt chętnie ćwiczył tylko z nim, więc ustalili, że Sev wydaje im polecenia, a Narcyza gra rolę Czarnego Pana. Podobało jej się, gdy Lucjusz się przed nią kłaniał. Zauważyła jednak, że im częściej Sev przychodził, tym jej mąż był bardziej zirytowany i niespokojny.

           Nocną ciszę rozdarł głośny krzyk. Serce Narcyzy waliło tak mocno, jakby za wszelką cenę pragnęło wyrwać się z piersi i gdzieś uciec. Z trudem łapała oddech, a jej ciało drżało. Odruchowo spojrzała w lewo, usiłując w ciemności dostrzec zarys postaci. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że Lucjusz jest przecież w innym pokoju. Pomyślała o tym okropnym koszmarze, który zbudził ją ze snu. Odchodził w niepamięć wyjątkowo szybko, choć jeszcze pamiętała, że był w nim Tom. Nagle drzwi się otworzyły, a ostre światło poraziło jej oczy, aż przymrużyła powieki. W drzwiach stał Lucjusz. Jego widok ukoił nieco skołatane nerwy kobiety. Mężczyzna podszedł do łóżka, usiadł koło niej, ręką odgarnął jasny kosmyk przysłaniający jej twarz po czym kciukiem delikatnie starł kilka łez, które wciąż spływały wolno po policzkach kobiety.
- Co się stało? Krzyczałaś, wystraszyłem się. - Wyszeptał z troską.
- Zły sen... - Mruknęła.
- Chcesz mi go opowiedzieć?
          Pomyślała przez chwilę i pokręciła przecząco głową. Nie chciała. Był zbyt realny, a jednocześnie zbyt mocno zatarł się w jej pamięci. Lucjusz jednak nie potrzebował żadnych wyjaśnień, nie nalegał. Przysunął się tylko do niej, by móc mocno objąć jej ciało. Przyjęła ten gest ze szczerą wdzięcznością, zacisnęła palce na jego ramieniu, przysuwając się do niego tak blisko, jak tylko było to możliwe.
- Zostaniesz ze mną? Proszę. - Szepnęła.
- Zostanę... - Zgodził się. Rzucił kilka spojrzeń na pokój - Choć mam lepszy pomysł... Chodź. - Wstał i wziął ją na ręce. Spojrzała na niego z niepokojem.
- Lucjusz, nie powinieneś. Masz odpoczywać, a nie ganiać ze mną po domu...
- Daj spokój, nie jesteś ciężka. Zaniosę cię do swojej... Naszej sypialni. Tam jest więcej miejsca. - Nie słuchając już więcej protestów kobiety wyszedł i ruszył w stronę drugiego pokoju. Delikatnie ułożył ją na łóżku i usadowił się obok. - Tak lepiej.
- Naprawdę bałam się, że cię stracę. - Powiedziała nagle.
          Mężczyzna przez chwilę nie odpowiadał. Leżał, wpatrując się w jej twarz jak w coś niezwykłego, jakby jeszcze nigdy nie widział drugiego człowieka. Nie wiedział, czy słowa kobiety są prawdziwe, czy rzeczywiście są małżeństwem. Ale lubił, gdy przy nim była. Przyciągnął ją do siebie, otulając mocno ramionami. Blond włosy łaskotały go przyjemnie po twarzy i szyi, a on wplątał w nie jedną dłoń.
- Jak było między nami zanim stało się... No właśnie, co się w ogóle stało? Co spowodowało, że cię nie pamiętam, Narcyzo? - Był tak bardzo ciekaw wszystkiego, całego swojego wcześniejszego życia...
- Wzięliśmy ślub ponad trzy lata temu. Początkowo było w porządku, dużo rozmawialiśmy, dobrze się rozumieliśmy... Potem zaczęło się między nami psuć. Dużo się kłóciliśmy. Miałam małe problemy ze zdrowiem. Któregoś dnia wybrałeś się z Rudolfem i Severusem, by spełnić kolejne, oczywiście tajne zadanie dla Czarnego Pana. Później Severus i Rudolf wrócili sami, a ja dowiedziałam się, że uległeś wypadkowi. Dwa tygodnie leżałeś nieprzytomny, gdy już się wybudziłeś, nie mogłeś zacząć mówić, a w końcu okazało się, że straciłeś pamięć... - Nagle poczuła, jak na jej gardle zaciska się silna, kamienna dłoń i głos jej się złamał.
- Już dobrze... - Szepnął, chcąc ją uspokoić.
           Leżała, wtulona w jego ramię, nie mogąc powstrzymać łez. Kołysał ją lekko, a jego dłonie miały na nią kojące działanie. W pewnej chwili podniosła się i spojrzała mu w oczy, podtrzymując się na wyprostowanych rękach.
- Czujesz coś do mnie? Cokolwiek? - Spytała. Nie była pewna, czy ich stare uczycie powróci, bała się.
- Lubię, gdy przy mnie jesteś i zastanawiam się, co robisz, gdy cię nie ma. Czuję się dobrze, gdy widzę, że się uśmiechasz i lubię na ciebie patrzeć, gdy coś robisz. Przyjemnie jest trzymać cię w ramionach, gładzić twoje włosy, a twój zapach... Jest dla mnie czymś znajomym, czymś, co kojarzę, choć nie wiem skąd... Nie lubię, kiedy płaczesz, jesteś smutna, denerwujesz się lub wyglądasz na chorą. Martwię się o ciebie niemal cały czas... - Dostaję szału, gdy widzę, że kręci się koło ciebie ten cały... Snape, pomyślał, jednak nie wypowiedział tego na głos.
          Narcyza nawet nie wiedziała, kiedy ich usta się złączyły. Nie oddam go żadnej innej kobiecie, nigdy. - myślała. Faktycznie była gotowa zabić każdą, która by się do niego zbliżyła. Lucjusz chciał ją mieć jak najbliżej siebie. Wsunął jej delikatne, kobiece ciało pod swoje, nie zaprzestając składania pocałunków na jej wargach. Obdarzał nimi jej szyję, ramiona i policzki. Błądził dłońmi po jej delikatnym ciele, próbując poznać je na nowo. Nie miało już dla niego żadnego znaczenia, czy ich małżeństwo jest prawdziwe, czy nie. Chciał wierzyć, że naprawdę dotyka teraz swojej żony i wierzył to szczerze, z całego serca.

           Nadszedł w końcu dzień, w którym musiał stanąć twarzą w twarz z Czarnym Panem. Był to wysoki, szczupły mężczyzna o bladej cerze i zimnych, szarych oczach, które zdawały się przenikać wszystko i wszystkich. Lucjusz nie musiał siłą budzić w sobie strachu. Poczuł go w chwili, gdy wzrok jego Pana na nim spoczął. Zrozumiał z kim ma do czynienia, a w głowie pojawiły się pewne niewyraźne wspomnienia. Czuł, że jego i tego mężczyznę łączy pewna więź, bardzo silna, której nie można było przeciąć.  Ogarnęła go nienawiść i zrozumiał, że szlamy plamią honor prawdziwych czarodziejów... Jego honor, honor jego Ładnej Pani... A mugole? Mugole to tylko małe robaki, gorsze od czarodziejów, które powinny się im podporządkować... Tak, teraz rozumiał tę ideę.
            Jego odpowiedzi chyba spodobały się Czarnemu Panu, bo kazał mu odejść. No i wciąż był żywy. Wyszedł więc z niewielkiego mieszkania, a na zewnątrz czekał na niego Severus. Opowiedział mu w skrócie o tym, co wydarzyło się w środku. Obaj się deportowali, każde w swoją stronę. Lucjuszowi udało się przypomnieć sobie sztukę teleportacji. Z każdym dniem z jego pamięcią było coraz lepiej.
          Po powrocie, kiedy już Narcyza dowiedziała się, jak poradził sobie na spotkaniu, Lucjusz postanowił poznać nieco swój dom. Wędrował od pokoju do pokoju, a niektóre miejsca wydawały mu się nawet znajome. W końcu trafił do biblioteki.
          Była dość pokaźnych rozmiarów. Na wysokich półkach ułożone były liczne książki. Po środku stało duże, dębowe biurko, a za nim skórzany, czarny fotel. W kącie znajdowała się kanapa w tym samym kolorze, również skórzana. Chodził wśród półek powoli, rozglądając się uważnie. W pewnym momencie natknął się na dwa, duże kartony. Pochylił się nad nimi, otworzył i zaczął wyjmować jego zawartość. Obrazy i rysunki. Zarówno kolorowe, jak i czarno – białe...